sobota, 21 stycznia 2017

Dla Babci i Dziadka. I drożdżowe, bożonarodzeniowe serce

Ależ ten czas szybko leci! Ledwo co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok, a tu już niemal koniec stycznia, a w raz z nim kolejne ważne dni. Nikt chyba bowiem nie zapomniał, że dziś mamy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka...? 
W tym czasie nie mogę opędzić się od myśli o moim nieżyjącym już Dziadku ze strony Taty. Tym najlepszym; najukochańszym. Choć to już tyle lat, ja nadal tęsknię...

Ale w tym roku, na przekór samej sobie, skupiłam się na tych, którzy wciąż ze mną są. Choć nie na co dzień, a raczej od święta, bo odległości, niestety, nie są małe. Na szczęście internet pełen jest możliwości, które postanowiłam wykorzystać, i sprawić Dziadkom małe niespodzianki.
Kilka dni temu pieczołowicie wybrałam czekoladowe telegramy (to nie jest wpis sponsorowany, jakby ktoś miał podejrzenia), dobrałam wstążki i wypisałam bileciki. Uważam je za bardzo elegancki, a jednocześnie uroczy prezent, który można dowolnie spersonalizować. Pomysł genialny w swej prostocie!
Dopiero później będę dzwonić, żeby złożyć życzenia; mam nadzieję, że Dziadkom ta odrobina czekoladowej słodyczy przypadła do gustu.

Dzisiaj mam przepis, który idealnie sprawdziłby się na wizytę u ukochanych Dziadków, ale generalnie pomyślany został jako smakołyk bożonarodzeniowy. Od kiedy tylko zobaczyłam zdjęcie w Spis bedre, nr 11/2016, nie mogłam przestać o tym wieńcu myśleć. Te kolory, i ta czekolada na wierzchu! No coś wspaniałego!

Oczywiście, zajęta pierniczeniem, na drożdżowe czasu już nie znalazłam. Za to w styczniu poczułam nagle drożdżowy zew, i nie mogę się od niego opędzić. Przewertowałam więc magazyn, znalazłam odpowiednią stronę, i zabrałam się do dzieła. Znów zapachniało u nas Świętami... Ale czy to źle...? Dopiero niedawno poprószył śnieg, przysypując park i las cienką warstwą białego puchu. Choinki już dawno nie ma, dekoracje powędrowały do piwnicy w wielkich pudłach, ale światełka w oranżerii nadal umilają mi ciemne poranki. C. rozpala w kominku, ja siadam w bujanym fotelu, i delektujemy się tym niesamowitym zapachem... A później zajadamy miękką, puchatą drożdżówkę. I cieszymy się jej smakiem, bez względu na uniesioną brew Kalendarza (gdyby to nie był tylko zeszyt wypełniony datami, a poważny, starszy pan, jestem absolutnie pewna, że na taką profanację jego jakże ważnej profesji, uniósłby wymownie brew). 

Świąteczny wieniec cynamonowy z białą czekoladą i liofilizowanymi malinami


Składniki:
(na 1 średniej wielkości wieniec)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 100 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 300 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 65 g miękkiego masła
  • 65 g jasnego cukru muscovado
  • 1 łyżka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g surowego marcepanu

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin
  • 1 łyżka niesolonych pistacji (bez łupinek)
  • złoty pyłek

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Drożdże pokruszyć, rozetrzeć z cukrem. Dodać mleko, wymieszać. Wbić jajko, wsypać kardamon i sól, połączyć. Wlać przestudzone masło, a na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy i pokruszony marcepan, zmiksować na gładką masę. Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Lekko podsypując mąką, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x45 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie ciasto zawinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Przeciąć na pół w poprzek, a następnie każdą część wzdłuż, nie rozcinając jednak do końca. Zapleść razem końcówki, a następnie z obu części ciasta uformować na blasze wyłożonej papierem do pieczenia serce. Odstawić do napuszenia na 30-45 minut.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Pistacje posiekać.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Udekorować ciasto, od razu posypać malinami i pistacjami. Oprószyć złotym pyłkiem.

Smacznego!


Jeśli nie macie niesolonych pistacji (a wiem, że nie tylko ciężko je dostać, ale też ich cena potrafi przerazić jeszcze bardziej niż koszt ich solonych kuzynek), wystarczy solone wyłuskać, namoczyć, a następnie lekko uprażyć na suchej patelni. Efekt będzie dostatecznie zbliżony do oryginału.

czwartek, 19 stycznia 2017

Lek na styczeń: jeżyny i krówki w drożdżówkach

Wszechogarniające ciemności dołują nie tylko C. i mnie, ale również Ptysię. Leży tylko z łepkiem złożonym na łapkach i spod futra wpatruje się w nas okrągłymi, orzechowymi oczami. A gdy już pora spać, ładuje się pod kołdrę i przytula do mojego brzucha. Gdy tylko próbuję się poruszyć, donośnie wyraża swoje niezadowolenie. Jeśli śpię i jej pomruki nie robią odpowiedniego wrażenia, z pełną premedytacją kładzie mi się na głowie. W momencie, gdy zaczyna brakować mi tchu, nie mogę nadal udawać, że ją ignoruję. Przewracam się na bok, mamrocząc pod nosem coś o własnej głupocie sprzed lat, a ona znów zajmuje miejsce tuż przy mnie, łaskocząc mnie futrem w podbródek. 
Gdy do domu wraca C., mości się między nami, rozpychając się puchatymi łapkami. 

Ja tymczasem, niedospana przez te wszystkie nocne pobudki, czuję się, jakbym ciągle była na lekkim rauszu. Popołudniami jestem zupełnie do niczego; kuchnię omijam szerokim łukiem. Za to namiętnie zajadam grejpfruty... Czyżby aż tak brakowało mi witaminy C...?

Zanim jednak weszłam znów w ten dziwny rytm pracy piekarza, upiekłam drożdżówki z myślą o bardzo wczesnych śniadaniach. Mrożę je po jednej, żeby później wyjmować z zamrażarki, odgrzewać i delektować się słodką bułeczką na dzień dobry... 
Tym razem zmotywowały mnie kupione na przecenie jeżyny. Tak, tak, wiem; to nie sezon. Ale co z tego...? Skoro mi się tak bardzo chce słońca i lata...

Oczywiście, w domu okazało się, że w szafce jest tylko resztka mąki pszennej. Niezrażona, sięgnęłam po orkiszową. Cóż, też nie było jej wiele... Dosypałam więc pełnoziarnistej, żeby się gramatura mniej więcej zgadzała. Jakież było zdziwienie, gdy bułeczki wyrosły jak szalone! Tak puchate i delikatne nawet na samej pszennej mi nie wychodzą. Może to zasługa tego, że do wyrastania ustawiłam je w okolicy rozgrzanego kominka...? 
Do środka dałam serka, bo akurat jedno opakowanie po sernikach zostało, i data ważności groziła mi już palcem. Spośród masy cukierków, które C. wysypał do miseczki w ramach Świąt, wyłuskałam pozostałe krówki, i je też do drożdżówek dorzuciłam. W końcu na ten szary styczeń przyda się odrobina słodyczy...

Bułeczki są pyszne. Puszyste, lekkie, wyrośnięte niesamowicie, trochę słodkie, trochę owocowe. Nie można im się oprzeć. 
Ja nie umiem... Zdecydowanie zbyt dużo zniknęło, zanim udało mi się resztkę zamrozić...

Drożdżówki z jeżynami, krówkami i serem


Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 200 g mąki pszennej
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 50 g cukru
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 60 g masła
  • 25 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 50 g cukru
  • 90 g krówek
  • 190 g jeżyn

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka
  • 15 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru perłowego

Mąki przesiać do dużej miski (dodać to, co zostało na sicie z pełnoziarnistej). Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, dodać 1 łyżeczkę cukru i 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.
Do zaczynu dodać resztę mleka i cukru, kardamon, jajko oraz białko. Zagnieść. Dodać sól, a na końcu powoli wlać masło. Wyrobić gładkie, lekko lepkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.
W tym czasie serek wymieszać z żółtkiem i cukrem, a krówki pokroić na nieduże kawałki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x40 cm. Posmarować serkiem, równomiernie posypać krówkami i jeżynami. Zwinąć w ciasny rulon wzdłuż dłuższego boku, pokroić ostrym nożem na 12 równej grubości kawałków.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć w niej bułeczki (3x4). Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki opędzlować mlekiem, posypać płatkami migdałowymi i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Jedząc je na śniadanie, tłumaczę sobie, że pełnoziarniste pieczywo jest w takich razach jak najbardziej zalecane. 
W końcu styczeń ma swoje prawa, nieprawdaż...?

wtorek, 17 stycznia 2017

Na rozgrzanie: pikantna zupa z kurczakiem

Jesteście przesądni...?
Ja niby nie. Ale mam wrażenie, że od czasu do czasu miewam przebłyski nerwicy natręctw. Zdarza się, że przejdę całą drogę do sklepu, nie następując na łączenia płytek. Często nerwowo szukam niemalowanego, żeby odpukać jakieś wyimaginowane nieszczęście. Bywa, że waham się już z dłonią na klamce, czy aby na pewno bezpiecznie będzie wejść do ciemnego pokoju...
Nie mam pojęcia, skąd to się bierze, i czy może właściwie powinnam udać się z tym do specjalisty...? 

W każdym razie chodzi o to, że miniony piątek był piątkiem trzynastego. Przerażający, owiany złą sławą piątek, którego staramy się wystrzegać, jak tylko możemy. Niestety, nieubłagany kalendarz raczy nas takimi niechcianymi piątkami od czasu do czasu, pozostawiając właśnie nam to, jak się z nimi obejdziemy.

Niektórych nie rusza to zupełnie. Są całkowicie odporni na zabobonne lęki, nie wierzą w duchy i przesądy. Piątek trzynastego traktują jak każdy inny, czyli powolny wstęp do weekendu. Chwała im za to!
Są też tacy, którzy czują lekkie mrowienie w koniuszkach palców już w czwartek po południu. Tego dziwnego dnia starają się unikać wszelkich potencjalnych niebezpieczeństw i zagrożeń, wypatrując ich na każdym kroku. Do północy siedzą na kanapie, pod kocem, i odliczają ostatnie sekundy, żeby wreszcie odetchnąć z ulgą. Bo teraz już przecież nic złego stać się nie może; prawda...?
Zdarzają się też ci, którzy ten dzień przeczekują schowani głęboko pod kołdrą, w pracy tłumacząc się zagrażającym życiu katarem. Bo jeśli tylko przekroczyliby próg mieszkania, ba! Własnej sypialni! To z pewnością skończyłoby się to katastrofą. Z fajerwerkami. Co prawda tych nieszczęsnych piątków przeżyli już kilkadziesiąt, a to, że nic się nie stało, tylko dowodzi słuszności ich tezy; póki siedzą pod kołdrą, są bezpieczni. Lepiej licha nie kusić i na zimne dmuchać...

A Wy? Boicie się piątku trzynastego...?

Tę zupę przygotowałam już jakiś czas temu. Wyszła pyszna: dość pikatna, sycąca i obłędnie aromatyczna. Idealnie rozgrzewa, gdy człowiek wraca do domu zmęczony po długim dniu pracy, gdy za oknami ciemności rozpanoszyły się już znowu na dobre, a ulubione puchate skarpetki są akurat w praniu. 
Chciałam podzielić się z Wami przepisem... I tu nastąpił problem. Bo za nic nie mogłam źródła rzeczonego przepisu znaleźć! Ubzdurałam sobie, że widziałam go w takim, a nie innym, magazynie. Przejrzałam więc prawie wszystkie numery, bez rezultatów. Gdy już zabierałam się do całej zabawy od początku, zauważyłam wystający róg Mad!, nr 10/2015. Pacnęłam się z rozmachem w czoło: oczywiście, że to tutaj!
Przepis znalazłam w kilka minut, szybciutko zanotowała źródło i czym prędzej dzielę się nim z Wami; zupa bowiem ta jest tak pyszna, że grzechem byłoby się nie podzielić.

Pikantna zupa z kurczakiem i mlekiem kokosowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 800 g piersi z kurczaka (bez skóry)
  • 2 łyżki oliwy z chilli
  • 2 bananowe szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki karry (proszek)
  • 1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka mielonej kolendry
  • 1 l bulionu drobiowego
  • 800 g mleczka kokosowego
  • 3 suszone liście kaffiru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 g mrożonego bobu

dodatkowo:
  • pęczek kolendry
  • pęczek dymki

Kurczaka pokroić w kostkę, doprawić solą i pieprzem.
Szalotki pokroić w drobną kosteczkę. Zeszklić na oliwie, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i kurczaka. Smażyć, aż mięso się zrumieni. Zetrzeć na tarce imbir, dodać do kurczaka razem ze skórką z cytryny, kminem, kolendrą i karry. Smażyć jeszcze chwilę. Zalać całość bulionem i mleczkiem kokosowym, dodać liście kaffiru. Gotować przez około 10 minut.
Na końcu dodać bób, gotować jeszcze 5 minut. Doprawić do smaku skórką i sokiem z limonki oraz solą i pieprzem. Wyjąć z zupy liście kaffiru.

Zupę podawać gorącą, posypaną posiekaną kolendrą i dymką.

Smacznego!

Ja tymczasem popadam w marazm; już za dziewiętnaście dni znów idę do szkoły!

niedziela, 15 stycznia 2017

Cztery sukienki na wesele. I o kwintesencji cytrynowości. Sernik

O tym weselu będę pisać do znudzenia, ale co zrobić...? Niecodziennie zdarzają się takie okazje; a kiedy jeszcze dzięki nim w głowie kiełkują kolejne pomysły na posty, nie ma co się bronić. Trzeba korzystać, póki można, bo za chwilę znów tylko styczeń, luty, słota i szarość...

Na wesele, jak większość kobiet, postanowiłam kupić sukienkę. Szafa pęka w szwach, ale cóż z tego...? Wszystkie eleganckie kiecki kupiłam na jakieś konkretne okazje, zaprezentowałam się w nich szerszemu (być może zupełnie niezainteresowanemu, ale kto tam wie) gronu, i po raz kolejny w tym samym outfitcie pokazywać się nie mam zamiaru. Owszem, mam jedną cudną sukienkę, koronkową i zachwycającą, ale... Białą. A takiego faux pas przecież żadna z nas by nie popełniła, prawda...?
O sukienkach zwykłych, codziennych, rozpisywać się nie będę - wiadomo, one się po prostu nie nadają.

Znalazłam więc kreację idealną w internecie. W kolorze czerwonego wina, z koronkową górą, większym wycięciem na plecach. Cud, malina, jednym słowem. Po wewnętrznych walkach z samą sobą (a co, jeśli kupię zły rozmiar...?), w końcu rzeczoną zamówiłam. 
W międzyczasie byłam wymienić sweter, który dostałam na Święta w nieco za dużym rozmiarze. Oczywiście, swetra nie było, więc w drodze powrotnej weszłam do innego sklepu, żeby sobie nieco humor poprawić. Na przecenie akurat mieli bardzo ładną, czarną sukienkę - to kupiłam. Zadowolona, ze sklepu wyszłam, i wtedy na wystawie zobaczyłam koronkowe cudo... Zakochałam się. Ale że pogoda jest, jaka jest, a już się raz w przebieralni tego dnia natrudziłam, stwierdziłam, że spróbuję (może!) innym razem.

Dwa dni przed weselem C. stwierdził, że nie ma się w co ubrać. Znaczy ma w sumie prawie wszystko, ale brakuje mu marynarki. No dobrze, niech będzie i tak. Pojechaliśmy więc na zakupy, nabyliśmy marynarkę, a po drodze weszliśmy do innej filii sklepu, w którym widziałam koronkowe cudo. Niestety! Tutaj go oczywiście nie mieli! Zniesmaczona takim obrotem sprawy, rozglądałam się po sklepie bezradnie, aż mój wzrok padł na kolejną sukienkę...
Granatową, ołówkową, prostą. Stwierdziłam od razu, że tłusto w niej będę wyglądać; nie omieszkałam też tej uwagi wygłosić wszem i wobec. C., zirytowany moją samokrytyką, wręcz wcisnął mnie w rzeczoną kieckę. Cóż, leżała jak ulał... To kupiłam.
I właśnie w niej na weselu wystąpiłam, bo pierwsza, którą zamówiłam przez internet, nie doszła. 

A w środę, kiedy pojechałam po zamówiony wcześniej sweter, przymierzyłam koronkowe cudo... I co? No też pasowało; wyśmienicie, bym rzekła. Czy miałam inny wybór, niż kupić...? No przecież, że nie! A że styczniowe wyprzedaże trwają w najlepsze, dobrałam jej równie atrakcyjną koleżankę...

Hmm... W zasadzie to pięć sukienek... Ale ta wiśniowa okazała się za duża, więc właściwie się nie liczy...

Na swoją obronę dodam, że moje wszystkie sukienki razem wzięte kosztowały mniej niż jedna marynarka C., o!

Cytryny... Bardzo je lubię. Nie wyobrażam sobie bez nich codzienności: wskakują do herbaty, nadają charakteru sałatkowym sosom, łagodzą słodycz ciast i deserów, będąc niejako na drugim planie. Tym razem postanowiłam więc upiec sernik, którego cytryny będą niekwestionowanym bohaterem. Masa serowa jest więc wyraźnie cytrynowa (ale nie kwaśna!), a na niej lekko już kwaskowy lemon curd, czyli najlepszy cytrynowy krem, jaki zdarzyło mi się jeść. Wierzch wieńczą urocze, kolorowe beziki, które pasują tutaj idealnie nie tylko wizualnie, ale też smakowo. 
Całość wyszła boska; istna kwintesencja cytrynowości.

Jeśli chcecie, by Wasz sernik był wyższy, upieczcie go w mniejszej tortownicy. Będzie prezentował się jeszcze bardziej elegancko.

A cytrynowe smakołyki znajdziecie dzisiaj również u Mirabelki.

Sernik cytrynowy z lemon curd


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 24 cm)

spód:
  • 150 g ciastek digestive
  • 55 g masła
masa serowa:
  • 500 g twarogu 3krotnie mielonego
  • 250 g serka mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
dodatkowo:
bezy:
  • 1 białko
  • 40 g cukru
  • 15 g cukru pudru
  • czerwony barwnik spożywczy w paście
  • żółty barwnik spożywczy w paście
Masło rozpuścić, przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. 
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wysypać masę ciasteczkową, ugnieść na dnie łyżką lub dłońmi.
Schłodzić w lodówce przez 15 minut.

Piec w 180 st. C. przez 12 minut.
Ostudzić.

Twaróg, mascarpone, kremówkę, cukier, jajka, sok oraz skórkę z cytryny krótko zmiksować, tylko do połączenia składników.
Przelać masę na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec kolejne 50-60 minut.
Ostudzić w lekko uchylonym piekarniku.

Następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Białko ubić, pod koniec dodając partiami cukier, a następnie cukier puder.
Na worku cukierniczym od wewnątrz namalować pędzelkiem 1 czerwony i 2 żółte paski barwnikami. Przełożyć bezę do woreczka. Wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia małe beziki.

Piec w 120 st. C. przez 45-60 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przed podaniem wierzch sernika posmarować kremem cytrynowym, udekorować bezikami i kandyzowanymi kumkwatami.

Smacznego!


W tajemnicy powiem Wam, że tak naprawdę nieczęsto kupuję ubrania. Ale od czasu do czasu napada mnie chęć na coś nowego... I wtedy nie umiem się powstrzymać.
Teraz obiecałam sobie solennie, że aż do wyjazdu do Polski nie kupię nic. 
Myślicie, że się uda...?

piątek, 13 stycznia 2017

Tytułem wstępu: konfitura z czerwonych pomarańczy

Są takie owoce i warzywa, które dostępne są cały rok, i przez okrągłe dwanaście miesięcy jemy je z największą przyjemnością. Któż by bowiem wyobrażał sobie czekać na jabłka czy ziemniaki do jesieni...? No nikt (chyba; poprawcie mnie, jeśli się mylę). 
Są też takie, które niby są dostępne, ale poza sezonem smakują jak woda; w najlepszym przypadku. W dodatku ich cena poraża; jestem pewna, że koszt zakupu stu gram truskawek w styczniu niejednego przyprawił o palpitację serca, a może i wizytę na oddziale ratunkowym. Mnie bowiem dech zaparło już nie jednokrotnie; a gdy pomyślę o smaku (czy raczej jego braku) rzeczonych truskawek, to nie mogę wymyślić, kto to w ogóle kupuje...

Są wreszcie takie specjały, których poza sezonem próżno szukać w najbardziej wyspecjalizowanych sklepach. Po kilku tygodniach bytności na półkach, znikają z nich niespodziewanie, pozostawiając po sobie niedosyt i świadomość, że będzie trzeba na nie czekać okrągły rok. Do tych frykasów, których wyglądam niczym spragniony wielbłąd oazy, zaliczają się rabarbar, świeża żurawina i kasztany, a także czerwone pomarańcze. Te zwyczajne, pomarańczowe, dostępne są cały rok, ale wszyscy wiedzą, że najlepiej smakują zimą; szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. Ich czerwone kuzynki są produktem dużo trudniej dostępnym, ciągle uważanym za kaprys kulinarnych blogerek i kucharzy, którzy pragną imponować niecodziennym menu. Ja jestem ich wielką miłośniczką; czekam na nie, przebierając nóżkami, już od listopada. W Danii pojawiają się jednak dopiero pod koniec lutego lub na początku marca, a kupić je można aż do maja, jeśli się ma szczęście i wie, gdzie szukać. Uwielbiam je oczywiście za ten urzekający, krwisty kolor, który sprawia, że ciasta i desery z nimi niesamowicie zyskują na aparycji. W dodatku mają nieco głębszy smak - o ile tak można to określić. Dla mnie są zupełnie wyjątkowe.

Sezon zacznie się już niedługo (czas pędzi tak szybko, że lutowa kartka z kalendarza opadnie, nim zdążymy się obejrzeć), wygrzebałam więc z czeluści twardego dysku zapomniany przepis na konfiturę z tych najlepszych z pomarańczy. 
Przygotowałam ją w marcu zeszłego roku; zdjęcia zrobiłam w maju, w pełni sezonu rabarbarowego. Ciężko jest znaleźć oba te smakołyki jednocześnie na sklepowych półkach, u mnie jednak mrożonych, różowych łodyg nie brakowało nawet, gdy miałam zamrażarkę rozmiarów kopertówki. Za namową jednej z Czytelniczek (która niestety się pod komentarzem nie podpisała) odwróciłam proporcje konfitury rabarbarowo-pomarańczowej, tworząc coś tak pysznego, że nikt nie jest w stanie się oprzeć. Intensywny smak pomarańczy przełamany kwaskowatym rabarbarem. I więcej słów nie potrzeba.

Konfitura z czerwonych pomarańczy z rabarbarem


Składniki:
(na 3 słoiczki)
  • 2 kg czerwonych pomarańczy
  • 300 g rabarbaru
  • 400 g cukru

Z połowy pomarańczy zetrzeć skórkę. Owoce wyfiletować, wycisnąć sok z resztek. Wszystkie błonki i pestki zawinąć w gazę lub włożyć do pończochy, zawiązać. Umieścić z pomarańczami i rabarbarem w misce, wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia jak najdokładniej wycisnąć zawiniątko, wyrzucić. Pomarańcze przelać do garnka, dodać cukier, zagotować. Na małej mocy palnika gotować 2-3 godziny, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji (im dłużej gotowana, tym gęstsza będzie konfitura). 

Konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, zamknąć, ostudzić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


W zeszłym roku (jak te słowa dziwnie brzmią wypowiadane w styczniu!) użyłam tej właśnie konfitury do przełożenia piernika staropolskiego. Raj na Ziemi to mało powiedziane...

środa, 11 stycznia 2017

Gofry pachnące piernikiem

Mam wrażenie, że styczeń się nade mną znęca. Niemal ciągle jest ciemno, a jeśli uda mi się przebywać w domu w godzinach umownie przyjętych za dzienne, to świat opanowany jest przez wszechogarniające szarości. Chodniki, drzewa, opadłe liście i ścieżki w parku, niebo, chmury, a nawet ludzie - wszystko w całej gamie odcieni szarości. Monochromatyczność świata mnie przytłacza; wyjadam pozostałości pierniczków z niezliczonych puszek, parzę jeden dzbanek herbaty za drugim i szukam czegoś, co mnie z tej szarzyzny wyrwie chociaż na chwilę. 
Przyznam też z przykrością, że od Świąt, czyli przez prawie trzy tygodnie, jedyne, co upiekłam, to tort ślubny dla siostry C. I to nie dlatego, że odczułam palącą potrzebę ukręcenia czegoś słodkiego, ale dlatego, że obiecałam. Głupio byłoby się na weselu bez tak ważnego elementu pojawić...

W poniedziałek jednak zdobyłam się na nie lada wysiłek, i postanowiłam zaskoczyć C. Przygotowałam pierniczkowe gofry z przepisu Niki. Spodobał mi się dodatek bakalii, od których pękają mi kuchenne szuflady (zdecydowanie dałam się ponieść przed Świętami; macie więc może jakieś sprawdzone przepisy na ciasta z bakaliami...? Może Wy zmotywujecie mnie do działania...?). Do tej pory robiłam gofry z jednego, sprawdzonego przepisu, w końcu więc przyszła pora na odmianę. A że ciągle nie mogę się spod pierniczków wygrzebać stwierdziłam, że piernikowe gofry będą jak najbardziej na czasie.

Goferki wyszły chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, niezbyt słodkie, więc świetnie smakują z cukrem pudrem lub słodkim dżemem. A w wersji na podwieczorek, gdy nikt nie liczy kalorii, proponuję odrobinę bitej śmietany. Lepiej być po prostu nie może...

Gofry piernikowe z orzechami i rodzynkami


Składniki:
(na 5 gofrów)
  • 170 g mąki orkiszowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 30 g masła
  • 45 g miodu
  • 150 ml mleka
  • 1 jajko
  • 40 g orzechów włoskich
  • 40 g rodzynek

dodatkowo:
  • powidła śliwkowe

Mąkę przesiać z proszkiem, dodać przyprawę do piernika oraz sól, wymieszać.
Maśło rozpuścić z miodem, przestudzić. Jajko roztrzepać, dodać masło z miodem i mleko, wymieszać. Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć. Odstawić na 30-60 minut.
Po tym czasie smażyć gofry w gofrownicy według instrukcji urządzenia. Podawać gorące z powidłami.

Smacznego!


Tymczasem wróciłam do pracy po krótkim jakby urlopie. Muszę przyznać, że łatwo mi nie było wstać o wpół do czwartej nad ranem...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sposób na kasztany

Jak Wam mija początek nowego roku? Ja, choć z pracy dostałam całe trzy dni wolnego, niesamowicie jestem zabiegana. Wszystko przez to, że w miniony weekend mieliśmy przyjemność udać się na wesele najmłodszej siostry C., a mi zostało powierzone niezwykle odpowiedzialne zadanie przygotowania tortu na tą doniosłą okazję. Wierzcie lub nie, ale od tygodni o niczym innym nie myślałam, a gdy już zabrałam się do rzeczy, ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania i podekscytowania. Bardzo chciałam, żeby panna młoda była przynajmniej zadowolona, a i gościom zaimponować byłoby miło. Długie godziny na pieczeniu spodów, kręceniu musów i lepieniu różyczek z marcepanu zaowocowały łzami wzruszenia u głównej zainteresowanej i wieloma komplementami od gości. 
Jak nic, urosłam ze trzy centymetry. 

O torcie opowiem Wam bardziej szczegółowo, jak tylko dostanę zdjęcia. W ferworze i zamieszaniu zupełnie bowiem zapomniałam, żeby pstryknąć kilka fotek. Na szczęście pan fotograf wiedział, co do niego należy, i tortowi uwagi nie skąpił. Będą więc zdjęcia i przepis, choć nie jestem pewna, czy ten ostatni komuś się przyda... A już z pewnością nie w tych proporcjach.

Dzisiaj coś zdecydowanie prostszego i szybszego, choć może też nie do końca na czasie. Sezon na kasztany już bowiem minął, a ciężko krem kasztanowy bez owych przygotować. Na pocieszenie dla tych, którym ślinka pocieknie i nie będą mieli ochoty czekać do września napiszę, że już upieczone lub ugotowane i obrane kasztany można kupić od czasu do czasu na przykład w Lidlu. Śmiało z nich takie puree można przygotować.
Co później można z nim zrobić? Ja zamroziłam w małych porcjach, żeby później rozmrozić i przygotować na przykład creme brulee. Kasztanowy to prawdziwa uczta...

Krem z kasztanów


Składniki:
(na około 650 g kremu)

Kasztany włożyć do garnuszka, zalać wodą i mlekiem. Laskę wanilii rozciąć wzdłuż, wyskrobać ziarenka, włożyć i ziarenka, i laskę do garnuszka. Gotować na średniej mocy palnika bez przykrycia przez 40 minut, aż kasztany całkowicie zmiękną. Wyjąć laskę wanilii, zmiksować kasztany blenderem na gładki krem, w razie potrzeby dolewając więcej mleka.

Smacznego!

Przepisów widziałam kilkanaście; różnią się od siebie proporcjami i dodatkami smakowymi. Ja postawiłam na najprostszy, z dodatkiem wanilii, bez cukru. Już przy przygotowywaniu ciasta czy deseru dosładzam tak, żeby pasowało.