poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Letni sernik na zimno z owocami. I wakacje!

Wakacje, znowu są wakacje,
na pewno mam rację,
wakacje znowu są!

Pamiętacie jeszcze tę słynną kiedyś piosenkę kabaretu OT.TO? Gdy jeszcze chodziłam do szkoły, każdy nucił ją pod nosem już pod koniec maja. Dzisiaj moje wakacje są zdecydowanie krótsze, ale... Są! 
Nareszcie!
Właśnie zaczęłam mój krótki urlopik i jestem w siódmym niebie. Nie muszę wstawać o wpół do pierwszej w nocy (kiedyś próbowałam się oszukiwać, że to już nad ranem, ale nic z tego...), spędzać w aucie minimum trzech godzin dziennie i taplać się w czekoladzie. No dobrze - to ostatnie akurat lubię, ale nawet od najprzyjemniejszych rzeczy człowiekowi potrzebna jest przerwa. Mam nadzieję się zregenerować na tyle, żeby jakoś przeżyć pięć dni w pracy i... Znów wybrać się na krótki urlop! 

Ach! Bajka, nie życie...

Nie zabieram ze sobą laptopa, pada ani nic z tych rzeczy. Odpoczynek nie tylko od pracy, ale też od internetu, a co! Na osłodę zostawiam Wam wybitnie wręcz letni serniczek. Banalnie prosty, bez pieczenia, bez cudowania. Klasyka, czyli kruchy, ciasteczkowy spód, delikatna, kremowa masa serowa - cudownie lekka dzięki użyciu jogurtu, a na wierzchu owoce (użyjcie swoich ulubionych) zalane galaretką. I tutaj mały haczyk - bo galaretka nie jest z paczki, ale z domowego syropu z kwiatów czarnego bzu. Jeśli jeszcze macie gdzieś zachomikowaną buteleczkę - nie zawahajcie się jej użyć! 
Serniczek smakuje latem i wakacjami, jest świeży, lekki i delikatny. Spróbujcie, zanim otuli nas jesień...

Sernik waniliowo-jogurtowy z owcami i bzową galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 30 g masła

masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 350 g jogurtu naturalnego
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego
  • 30 g cukru pudru
  • 4 listki żelatyny
  • 100 ml mleka

dodatkowo:
  • 145 g moreli
  • 45 g czereśni
  • 35 g malin

galaretka:

Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem. Masę ciasteczkową dokładnie ugnieść na dnie tortownicy.
Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Serek zmiksować z jogurtem, cukrem pudrem i waniliowym.
Mleko zagotować. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, połączyć. Ostudzić.
Zimne, ale jeszcze nie tężejące mleko powoli wlewać do masy serowej, cały czas miksując.
Masę przelać na schłodzony spód, wstawić do lodówki na 60 minut.

Morele i czereśnie przekroić na połówki, usunąć pestki.
Owoce ułożyć na serniku.
Wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia masy serowej.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wodę zagotować, dodać syrop, wymieszać, zdjąć z palnika. Odcisnąć żelatynę, dodać do wody z syropem, wymieszać. Ostudzić.
Tężejącą galaretkę wylać na sernik.
Wstawić na noc do lodówki.

Smacznego!

A Wy już po urlopach, czy nadal cieszycie się dziecięcą wręcz wolnością...?

czwartek, 18 sierpnia 2016

Powidła prawie klasyczne. Z piekarnika

Śliwki nieodmiennie kojarzą mi się z jesienią. Tak samo jak jabłka czy gruszki - to pierwsze oznaki kolejnej pory roku. Jeszcze tej nienachalnej, złotej; łagodnie grzejącej ciągle jeszcze ciepłymi promieniami słońca. 
Wczoraj byłam na długim spacerze z Tiną - choć ciągle jeszcze wcześnie, słońce już powoli chyliło się ku horyzontowi. Mimo przyjemnego ciepła coraz dłuższe cienie przypominają, że lato już niedługo ustąpi jesieni. Wiem, wiem - to dopiero połowa sierpnia, a ja już popadam w lekko melancholijny, jesienny nastrój... Ale cóż ja na to poradzę...?

Wracając jednak do śliwek - zostałam nimi dosłownie zasypana. Sąsiad spod siódemki miał w tym roku niesamowity urodzaj, i tylko pukał do drzwi z coraz to nowymi kartonami pełnymi fioletowych, dorodnych owoców. Słodkie kulki lądowały w naszych brzuchach w ilości wręcz nieprzyzwoitej, większość jednak znalazła swoje miejsce w zamrażarce i powidłach. 
Postanowiłam w tym roku wypróbować nowy sposób - pieczenie. Okazuje się, że to naprawdę niezła metoda - wystarczy ułożyć owoce na blasze i włożyć do piekarnika. Nic nie trzeba mieszać ani pilnować - taka wersja dla zabieganych. Powidła przygotowujemy w tradycyjnym systemie, czyli podgrzewamy, studzimy, znów podgrzewamy i studzimy, i tak aż do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji. Moim zdaniem trzy takie sesje pasują akurat - powidła wychodzą odpowiednio gęste, ale nie wysuszone. Od siebie dodałam troszkę korzennych przypraw, żeby podkręcić smak. Wyszło bosko!

Ach, zapomniałabym zupełnie! Są też bez cukru, czyli idealne dla wszystkich na diecie. Moje śliwki były słodkie, i powidła wyszły lekko kwaskowe; jeśli więc Wasze śliwki nie są zupełnie dojrzałe, można wspomóc się odrobiną słodzidła.

Wczoraj po południu rozdałam trzy słoiczki sąsiadom - ciekawa jestem ogromnie, czy im zasmakują...

Pieczone powidła śliwkowe z korzenną nutą


Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 3 kg śliwek (waga bez pestek)
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

Śliwki wysypać na blachę, oprószyć przyprawami.

Piec w 150 st. C. przez 1 godzinę.
Wystudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.
Przemieszać.

Podgrzewać jeszcze dwa razy, przy czym za trzecim razem nie studzić, ale przełożyć do wyparzonych słoików i zamknąć. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Pomysł na pieczenie powideł zobaczyłam - oczywiście - w internecie, ale gdzie dokładnie...? Nie wiem. Można go znaleźć na wielu stronach, a idea chodziła za mną już ze dwa lata, ciężko więc znaleźć oryginalne źródło...

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Granola - tylko dla dorosłych!

Wiem, wiem - blog leży odłogiem. Marzyciele i optymiści z pewnością zrzucają to na karb wakacji. Cóż - nic z tego. Gdy wszyscy dzielnie zdobywają wyższe lub niższe szczyty, wylegują się pod palmami lub za swojskimi parawanami na polskich plażach (koniecznie rozstawionych bladym świtem!), albo też zwiedzają wszelkiej maści zabytki, ja pracuję. Od rana do wieczora, po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. A po powrocie do domu... Piekę ciasta. W sobotę (choć właściwie była to już niedziela) skończyłam dwupiętrowy tort na chrzest o piątej nad ranem, żeby o ósmej ruszyć z nim w drogę. Małej Astrid, myślę sobie, było zupełnie wszystko jedno, ale jej mama była zachwycona. W związku z tym ukontentowana wzięłam w ramiona małą sprawczynię całego zamieszania, która wtuliła mi nos w dekolt i tak sobie spała, od czasu do czasu tylko posapując... Mówię Wam, wprost rozpływałam się z rozkoszy.

O torcie jednak będzie innym razem, bo to straszliwie długi przepis, a ja zupełnie nie jestem w nastroju do wklepywania go w komputer. Będzie więc prosto, szybko i śniadaniowo - choć na deser też taką granolę można zjeść.
Przepis znalazłam u Patrycji, i kusił mnie już dawna. W końcu zabrałam się do rzeczy - przygotowanie granoli to bowiem raptem chwilka. Ta jest wyjątkowa - z rumowymi rodzynkami, słodkim marcepanem i wręcz wytrawną czekoladą, która świetnie tutaj pasuje, przełamując słodycz. Całość wyszła wybornie, i przyznam się Wam w tajemnicy, że dla C. niewiele zostało... 
Jeśli lubicie marcepan i rodzynki, to jestem pewna, że ta granola stanie się jednym z Waszych ulubionych śniadań.

Granola z rodzynkami w rumie i marcepanem


Składniki:
(na 2 l słoik)
  • 400 g płatków owsianych
  • 100 g słupków migdałowych
  • 75 g pestek słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 50 ml oliwy
  • 50 ml syropu klonowego
  • 50 ml rumu
  • 75 g rodzynek
  • 80 g marcepanu
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)

Rodzynki zalać rumem, odstawić.
Marcepan pokroić w kosteczkę.

Płatki, migdały, słonecznik, sezam, siemię i cynamon dokładnie wymieszać.
Syrop połączyć z oliwą, dodać do suchych składników. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, równomiernie rozprowadzić.

Piec w 170 st. C. przez 30 minut, w połowie pieczenia mieszając.

Do gorącej granoli dodać rodzynki razem z rumem i marcepan, wymieszać. Wstawić blachę z powrotem do piekarnika, zamknąć drziwczki i zosatwić do wystudzenia.
Na końcu dodać czekoladę, wymieszać.
Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego! 

Ja tymczasem uciekam na spacerek z psą - póki nie pada!

środa, 10 sierpnia 2016

Sierpniowa jesień i lody. Ciągle jeszcze letnie

Nagle, niespodziewanie i nieoczekiwanie, niezapraszana przez nikogo - pojawiła się jesień. Z dnia na dzień temperatura spadła, o dach i parapety zaczął bębnić uciążliwy deszcz, a słońce pokazuje się rzadko, nie dając prawdziwego ciepła. Jestem tym stanem rzeczy wręcz zdegustowana - przecież urlop dopiero za półtora tygodnia! A tu szaro, buro i ponuro. Najchętniej siedziałabym na kanapie pod kocem; badawczo zerkam też już na kominek - czyżby nadszedł czas inauguracji...? 
Za wcześnie; zdecydowanie za wcześnie...

Póki co kręcę lody. Już teraz nie za bardzo mamy ochotę na zimne desery; trzeba się więc spieszyć. 
W lodówce miałam kilka moreli i mascarpone, które straszyło zbliżającym się upływem terminu ważności. Na jarmarku kupiłam woreczek suszonej lawendy; wszyscy wiedzą, że te fioletowe, intensywnie pachnące kwiatki z morelami stanowią duet doskonały. Trzeba tylko uważać, żeby nie przedobrzyć, bo wyjdą nam lody o smaku mydła... Dlatego właśnie ostrożnie dawkowałam lawendę, i odcedziłam kremówkę już po dwudziestu pięciu minutach. Moim zdaniem - wyszło doskonale. Smak lawendy jest delikatny i subtelny, nie zabija moreli, a tylko je podkreśla. Całość smakuje wakacjami - i o to właśnie chodziło!
Skusicie się...? Póki jeszcze mamy lato!

Lody morelowo-lawendowe z mascarpone


Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki suszonych kwiatów lawendy
  • 250 g serka mascarpone
  • 75 g cukru pudru
  • 400 g moreli

Kremówkę przelać do garnuszka, dodać lawendę, zagotować. Zdjąć z palnika, zostawić pod przykryciem na 15-60 minut (im dłużej, tym smak lawendy będzie intensywniejszy). Odcedzić.
Morele umyć, osuszyć, usunąć pestki. Zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać mascarpone, cukier puder i lawendową kremówkę, połączyć. 
Schłodzić w lodówce, a następnie przełożyć do maszyny do lodów, postępując według instrukcji. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć do plastikowego pojemnika i zamrozić.

Wyjąć z zamrażarki 15-20 minut przed podaniem.

Smacznego!

Dziś dzień wolny od pracy, ale i tak mam mnóstwo zajęć. Dwupiętrowy tort i pięćdziesiąt muffinek nie przygotują się same!

czwartek, 4 sierpnia 2016

Teatr pod gołym niebem. I letnie drożdżówki z morelami

Na początek lipca czekam bardzo niecierpliwie. Czasy szkolnych wakacji już co prawda dawno minęły, a o urlopie ciągle jeszcze tylko marzę, ale w ostatnich latach C. zaraził mnie swoją rodzinną tradycją, która od początku skradła moje serce. Teatr pod gołym niebem, musical i dobre towarzystwo - czy można chcieć więcej...?

Teatr uwielbiam; w Polsce często chodziłam, tutaj - bałam się, że i tak nic nie zrozumiem. C. stwierdził, że ten spodoba mi się z pewnością - i miał rację. Pierwszego roku ledwo co rozumiałam, ale atmosfera i emocje udzieliły się również mnie. W tym roku znana wszystkim dobrze historia Diego de la Vegi wciągnęła mnie bez reszty. Zorro w wykonaniu na wpół amatorskiej trupy 7-kanten wywołał u mnie wiele emocji; od wybuchów głośnego śmiechu aż po ocierane ukradkiem łzy. Znów postacie drugoplanowe nieco skradły przedstawienie - w tym roku moim niekwestionowanym ulubieńcem był sierżant Garcia, brawurowo zagrany przez Hansa Kaarde Gundesena. Martin Bob Holm, znów w roli czarnego charakteru, sprawdził się wyśmienicie. Główni bohaterowie, szczególnie Luisa, wypadli nieco blado... Ale nie czepiajmy się drobiazgów! Całość jak zwykle wyszła znakomicie, i już czekam na kolejny występ. Tym razem duńska klasyka, czyli Midt om natten. Zapowiada się ciekawie!

A jeśli się uda, w styczniu wybierzemy się na występ zimowy (pod dachem, gdyby ktoś miał wątpliwości). Któż bowiem nie chciałby obejrzeć duńskiej wersji Grease.

Jak zwykle, zabraliśmy ze sobą prowiant. Gorąca kawa to podstawa; pogoda bowiem nam nie dopisuje. Na szczęście w tym roku obyło się bez rzęsistego deszczu i mokrych majtek, ale przelotnych opadów nie udało się uniknąć. Do kawy były kanapki, a ja zabrałam słodkie co nieco. Tym razem drożdżówki z morelami i cynamonowym twarożkiem, z dużą ilością kruszonki.
Proste w wykonaniu; nie napiszę, że szybkie, bo drożdżowe to po prostu nie ten typ. Jednak ciasto zagniotłam wieczorem, wyrastało sobie sobie spokojnie całą noc w chłodnych czeluściach lodówki, a następnego dnia upiekłam puszyste bułeczki. To zdecydowanie pozwala na spokojne zaplanowanie wszystkiego i sprawia, że drożdżówki przestają być nagle aż tak czasochłonne.
Morele i cynamon to zgrana para, idealna na deszczowe lato.
Skusicie się...?

Drożdżówki z morelami, cynamonowym twarożkiem i kruszonką


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 200 ml mleka
  • 40 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 60 g masła
  • 15 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/3 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 5 dużych moreli

kruszonka:
  • 85 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 60 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżkę cukru i zalać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić, przestudzić. 

Po tym czasie dodać do zaczynu pozostałe mleko, cukier, jajko i żółtko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, dokładnie wyrobić ciasto.
Przełożyć je do wysmarowanej olejem miski, przykryć dokładnie folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki.

Rano ciasto wyjąć z lodówki i zostawić na 30-60 minut na blacie, aby nabrało temperatury pokojowej. Podzielić je na 10 części, z każdej uformować okrągła bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy. 
Odstawić na 15-20 minut.

W tym czasie wymieszać serek z żółtkiem, cukrem, cukrem waniliowym i cynamonem.

Morele umyć, przeciąć na pół i pozbawić pestek.

Mąkę na kruszoną przesiać, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie zagnieść palcami.

W wyrośniętych bułeczkach zrobić spodem szklanki wgłębienia niemal do blachy. W każde wgłębienie nałożyć 1 łyżkę twarożku, na środku ułożyć połowę moreli, delikatnie wciskając ją w serek.
Odstawić na 20 minut do wyrośnięcia.

Żółtko roztrzepać, wymieszać z mlekiem. Posmarować bułeczki, posypać kruszonką.

Piec w 175 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ostatnio odżyła we mnie drożdżówkowa dusza. Zamiast robić lody, które obiecałam, piekę ciągle nowe słodkie bułeczki. Chyba dlatego, że pogoda zdecydowanie bardziej zachęca do sięgania po te drugie; szczególnie, gdy są jeszcze ciepłe...

niedziela, 31 lipca 2016

Siła wyższa i naleśnik. Z piekarnika

O włosach pisałam już nie raz. Pewnie dlatego, że są one ważnym elementem kobiecej urody i samopoczucia. Nieudana wizyta u fryzjera potrafi doprowadzić niejedną damę o słabych nerwach do histerii, za to idealny odcień kasztanowego - do ekstazy.
Sama plasuję się gdzieś po środku; od Taty nauczyłam się prostego podejścia: przecież odrosną. W związku z tym nieustraszenie eksperymentuję; z lepszym lub gorszym skutkiem. Od krótkich, na chłopaka, aż do takich za pas; z wszelkimi możliwymi długościami pomiędzy. Kolory też mi nie straszne: były brązy, czernie i czerwienie; od kilku lat wierna jestem rudym, choć nadal zmieniam odcienie jak rękawiczki.
Jakiś czas temu ciepłe jesienne barwy na głowie mnie znużyły; odezwała się dusza wiecznego poszukiwacza. Postanowiłam więc: blond! Do tej pory się lękałam; mam ciemną oprawę oczu i boję się, że nijak to pasować nie będzie... Niemniej, do odważnych świat należy; kupiłam więc blond farby i przystąpiłam do działania.
Z miodowego blondu wyszedł mi rudy. Ze złotego - kasztanowy. Który po kilku myciach sprał się do... Rudego.
Koniec świata!
Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie i siłę wyższą, która nie ma nic pilniejszego do roboty, niż pilnowanie odcienia moich włosów.

Znów kupiłam rudą farbę. 
Z pewnymi zjawiskami nie warto dyskutować...

Ostatnio wertowałam Scandilicious baking Signe Johansen. Wszystkie moje książki nadal leżą w kartonach (jeszcze nie kupiliśmy półek, bo nie mogę się zdecydować, czego tak naprawdę chcę); ta akurat leżała na wierzchu - to wzięłam. W oko wpadł mi przepis na pieczony naleśnik; od razu mi się przypomniało, że to temat wspólnego gotowania, więc wyciągnęłam składniki z lodówki i szafek, i przystąpiłam do działań.
Sprawa jest prosta: mokre składniki, suche składniki, wszystko razem mieszamy - i czekamy pół godziny. Następnie wylewamy ciasto do blaszki, pieczemy, czekamy chwilę, aż lekko przestygnie, i zajadamy się z rozkoszą. Naleśnik wyszedł delikatny, mocno owocowy i lekko słodki. Creme fraiche i słodki syrop klonowy to do niego idealne dodatki. I może jeszcze garść świeżych jagód...?
Spróbujecie zabarwić i Wasze języki na fioletowo...?

Skandynawskie naleśniki znajdziecie też dzisiaj u Mirabelki i Marty.

Fiński pieczony naleśnik z jagodami i maślanką


Składniki:
(na formę 22x30 cm)
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 25 g płatków owsianych
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 285 ml maślanki
  • 215 ml wody
  • 2 jajka
  • 25 g masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 g jagód lub borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche (18%)
  • syrop klonowy

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z płatkami, cukrem, proszkiem, sodą i solą.
Maślankę dokładnie wymieszać z wodą.
Jajka roztrzepać, dodać maślanę, masło i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchuch, dokładnie wymieszać.
Odstawić na 30 minut.

Formę wysmarować masłem i oprószyć mąką. Na dno równomiernie wysypać jagody. Zalać ciastem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30, pod koniec ewentualnie przykrywając folią, jeśli zbytnio się zrumieni.

Podawać na ciepło z creme fraiche i syropem klonowym.

Smacznego!

Dziś ostatni dzień akcji Ani. Jest to więc ostatni przepis, który dodaję.
Dziękuję za świetną zabawę i motywację do wyszukiwania przepisów na skandynawskie dania!

piątek, 29 lipca 2016

Jak to czasem z autem bywa... I skandynawskie jagodzianki

Jeżdżę.
Dużo jeżdżę, bo przynajmniej dwieście dwadzieścia kilometrów dziennie, pięć dni w tygodniu. Często więcej, bo droga do domu nieraz kluczy między sklepami, znajomymi lub innymi aktualnie interesującymi mnie miejscami. Oczywiście, nieodzowne w takich przypadkach jest auto. Uwielbiam moje autko; jest duże i bezpieczne. Lawirując między ciężarówkami na autostradzie czuję, że osłania mnie gruba warstwa blachy. No i ma gwiazdkę na masce; wszystkie kobiety lubią gwiazdy, prawda...?
Zaraz usłyszę, że taką, co mieszka za granicą, to stać... A figa! Mój mercedes ma lat dwadzieścia trzy; dokładnie tyle, co moja Siostra. Nie do końca rozumiem, dlaczego ona jest taka młoda, a samochód taki stary, no ale niech już będzie...

Autko dzielnie wozi mnie do pracy i nie tylko, ale z uwagi na sędziwy wiek, to i owo w nim czasem szwankuje. Wczoraj na przykład jechałam sobie spokojnie do domu, aż tu nagle huk! I samochód zaczął wyć niemiłosiernie. Przerażona, zjechałam na najbliższy parking (jakoś nie mogłam się przemóc, żeby stanąć na środku autostrady), wysiadłam i zaczęłam oglądać. Okazało się, że tłumik wziął się i odpadł... Znaczy trzymał się z jednej strony, ale nie poprawiało to mojej sytuacji. Zwłaszcza, że C. miał problemy z elektrykiem (o czym dowiedziałam się później) i baaardzo dłuuugo nie odbierał telefonu. Gdy w końcu przyjechał na ratunek, po dwóch i pół godzinie oczekiwania, byłam zmęczona, spocona (bo w takich razach zawsze musi być co najmniej ładna pogoda), zniechęcona i spragniona. Z ulgą przyjęłam butelkę zimnej wody, i z lekko przerażoną miną obserwowałam C. wczołgującego się pod samochód. Uprzednio nie omieszkał mnie poinstruować, żebym w razie czego (czyli gdyby podnośnik jednak nie wytrzymał) szybciutko zadzwoniła po karetkę, zamiast nad nim biadolić. Na szczęście żaden zagrażający życiu wypadek się nie zdarzył, tłumik z oprzyrządowaniem wylądował w bagażniku, a ja mam wyścigówkę! Niejeden właściciel BMW zapłacił duże pieniądze za takie wruuum!, jakie mi się dostało zupełnie za darmo. I tylko obawiam się, że jutro pobudzę wszystkich sąsiadów już o drugiej trzydzieści nad ranem...

Tymczasem w domu czekały na mnie wyjątkowo pyszne bułeczki. Takie niemal jagodzianki, tylko po skandynawsku. 
Przepis znalazłam w Scandilicious baking Signe Johansen, i od razu zapałałam do niego uczuciem (choć tego dnia miałam w planie zupełnie inne drożdżówki). Sprawę przesądziła przecena na borówki; od razu zabrałam się do pracy. 
Cynamonowa, maślana pasta wbrew pozorom wcale nie dominuje; wręcz przeciwnie - wspaniale podkreśla smak soczystych owoców, których jest tutaj naprawdę dużo. Do tego mięciutkie i delikatne (mimo dodatku mąki razowej) ciasto o aromacie kardamonu i chrupiąca posypka cukrowa. Słodkie, sycące, lekko pikantne. Idealne na deszczowe lato!
Sami powiedzcie - czy można im się oprzeć...?

Drożdżówki z jagodami i kremem cynamonowym


Składniki:
(na 12 sztuk)

  • 225 ml mleka
  • 75 g masła
  • 350 g mąki orkiszowej
  • 125 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 70 g cukru
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 jajko
nadzienie:

  • 75 g miękkiego masła
  • 75 g cukru
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 300 g jagód lub borówek amerkańskich
dodatkowo:

  • 1 białko
  • 3 łyżki cukru
Mleko zagotować z masłem, ostudzić (powinno być letnie).
Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru.

W dużej misce wymieszać mąki, pozostały cukier, kardamon i sól. Dodać drożdże, mleko z masłem i roztrzepane jajko. Zagnieść gładkie, nieco lepkie ciasto. 
Miskę z ciastem nakryć ściereczką, odstawić na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie: łyżką dokłądnie roztrzeć masło z cukrem i cynamonem.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 12 równych części i z każdej uformować kulkę. Następnie po kolei spłaszczać je w dłoniach tak, aby na brzegach były nieco cieńsze niż w środku. Na środku układać 1 łyżeczkę cynamonowego nadzienia i sporą garść jagód. Zakleić i uformować kulki; ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy. 
Przykryć ściereczką, odstawić na 25-30 minut.

Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym białkiem i posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 12-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

I proszę - nie sugerujcie się plaskatością moich bułeczek. Ciągle jeszcze ie do końca opanowałam obsługę nowego piekarnika, i czasem robi mi psikusy - na przykład ni stąd ni zowąd obniża temperaturę. Tak też stało się tym razem; zamiast więc urosnąć ładne i okrągłe, wyszły odrobinę płaskie... Nic nie szkodzi - nadal smakują obłędnie!

Przepis dodaję do akcji Ani: