piątek, 31 lipca 2015

Słodkie maleństwa z poziomkami

Większość słodkości, które przygotowuję w mojej kuchni, to ciasta; zdecydowanie rzadziej desery, a małe, słodkie pralinki to już w ogóle rzadkość. Są dość praco- i czasochłonne, ale efekt wizualny i smakowy wynagradzają każdą poświęconą minutę. Dlaczego więc tak rzadko po nie sięgam?

Nie wiem. Szczerze - często się nad tym zastanawiam, i nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przecież lubię spędzać czas w kuchni, chcę się rozwijać i uczyć, pracować nad dekoracjami. A takie maleństwa są do tego idealne! Dlatego, gdy zobaczyłam przepis na jagodowe praliny na blogu Ciastko z dziurką, aż westchnęłam z zachwytu. Ten kolor! No coś fenomenalnego. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, i, tym razem nie zwlekając, ruszyłam do kuchni. Z racji braku jagód i wątpliwości co do efektownej barwy borówek amerykańskich, zdecydowałam się na własnoręcznie zebrane poziomki i odrobinę soku z cytryny dla przełamania smaku białej czekolady.

Efekt? No cóż, nie są idealne - chwilę trwało, zanim opanowałam technikę oblewania ich czekoladą. Metoda z nabijaniem na wykałaczkę w tym wypadku nie zdała, niestety, egzaminu. Zamiast tego wrzucałam kuleczki do czekolady, wyjmowałam widelczykiem do przekąsek (takim malutkim, z dwoma ząbkami), czekałam chwilę, aż czekolada obcieknie, następnie układałam na papierze do pieczenia, posypywałam kawałeczkami liofilizowanych truskawek i zostawiałam w spokoju, sięgając po kolejną kuleczką... Tak - to zajmuje trochę czasu. Ale mina i komentarz C. wynagrodziły wszystkie trudy. Stwierdził, że kiedy myśli, że już go niczym nie zaskoczę, serwuję mu coś takiego... Zjadł pięć od razu, bez zająknięcia.

Jeśli więc chcecie wywołać efekt łał, to przepis zdecydowanie dla Was. Idealnie nada się na Walentynki; zamiast poziomek można użyć mrożonych truskawek - też będzie pysznie.

Jeśli chodzi o temperowanie czekolady, przygotuję o tym cały osobny post. Bo to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać...

Poziomkowe praliny w białej czekoladzie

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 110 g białej czekolady
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g poziomek
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 100 g biszkoptów
dodatkowo:
  • 250 g białej czekolady
  • 3 łyżki liofilizowanych truskawek
Czekoladę do pralinek posiekać. Kremówkę zagotować, zalać nią czekoladę, odstawić na 5 minut. 
W tym czasie poziomki z sokiem z cytryny zmiksować blenderem na gładką masę, ewentualnie przetrzeć przez sitko. Biszkopty drobno pokruszyć, wymieszać z owocami.
Czekoladę wymieszać, aż do rozpusczenia. Dodać biszkopty z poziomkami, wymieszać na jednolitą masę. Wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Ze schłodzonej masy formować kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ułożyć na talerzu, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pozostałą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować.
Trufle oblewać czekoladą, układać na papierze do pieczenia. Natychmiast wierzch dekorować liofilizowanymi truskawkami. Zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Alicji - wyobrażacie sobie takie pralinki na tak niezwykłym talerzu...? Ależ to byłoby piękne!

czwartek, 30 lipca 2015

I znowu po duńsku...

Dziś jestem w jakimś szalonym niedoczasie, wszędzie docieram na ostatnią chwilę. Zaplanowane miałam wszystko szczegółowo, od samego rana; jeszcze wczoraj wydawało mi się, że to plan doskonały. Okazało się, że jeden zwariowany na punkcie Mercedesów Duńczyk i poziomkowe praliny mogą nie tylko zaskoczyć, ale też znacząco wpłynąć na porządek dnia. 

Dzisiejszy wpis więc również się w tej tonacji zmieści - bez zbędnych wstępów: kolejny sposób na duński koldskål, czyli cudowny, letni deser. Tym razem bez dodatku jajek (jak obiecywałam), lekki, ba! Wręcz dietetyczny - na bazie maślanki i jogurtu naturalnego, dosłodzony miodem i podany z truskawkami. Lekko zmiksowany, ma konsystencję delikatnej pianki - ciężko się od niego oderwać w upalny dzień. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie dodała czegoś konkretniejszego. Są więc kammerjunkere - tradycyjne kruche ciasteczka, u mnie intensywnie cytrynowe, które podaje się do tego deseru. Przepis mam od dawna ze strony Valdemarsro, i zawsze z niego korzystam. Pierwszy raz upiekłam je w Polsce, gdy chcieliśmy zaserwować moim Rodzicom prawdziwie duński deser, a do oryginalnych (czytaj: gotowych) kammerjunkere nie było dostępu. Od tamtej pory piekę je samodzielnie za każdym razem - są o niebo smaczniejsze od kupnych!
Przepis na zupę pochodzi z Femina magazine: Sommer mad 2015, delikatnie tylko zmieniłam proporcje.

Razem ze mną sak duńskiego lata poznawały Mirabelka i Siankoo.

Zupa maślankowo-miodowa z truskawkami i ciasteczkami cytrynowymi

Składniki:
(na 4 porcje)

ciasteczka:
  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g mąki graham
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 50 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

zupa:
  • 500 ml maślanki
  • 500 ml skyra
  • 100 g miodu
  • ziarenka z 1 laski wanilii

dodatkowo:
  • 300 g truskawek

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem, cukrem trzcinowym i waniliowym oraz skórką z cytryny. Dodać masło, posiekać, a następnie dokładnie rozetrzeć między palcami. Wbić jajko, zagnieść jednolite ciasto.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30-60 minut.

Ze schłodzonego ciasta formować kulki wielkości orzecha laskowego, układać na blasze, zachowując odstępy. Palec wskazujący zwilżyć wodą, wcisnąć po kolei w każde ciasteczko, nieco je spłaszczając.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut, aż się ładnie zrumienią.
Wyjąć blachę z piekarnika, zdjąć z niej ciasteczka, ostudzić.

Maślankę, skyr, miód i wanilię wymieszać trzepaczką na gładką masę. Schłodzić w lodówce.

Zupę wlać do miseczek. Podawać z ciasteczkami i pokrojonymi w ćwiartki truskawkami.

Smacznego!

A teraz już pędzę dalej - nie zaznam już dzisiaj spokoju, o nie...

Przepis oczywiście bierze udział w akcji Mopsika.

Skandynawskie lato 2015

środa, 29 lipca 2015

Lipiec. Ale czy na pewno...? I ptysie nie tylko dla Ptysi

Lipiec stroi sobie z nas żarty. Na palcach jednej ręki policzę, ile razy włożyłam letnią sukienkę czy sandały. A ja tak kocham letnie sukienki! Mam ich już naprawdę całkiem sporo, ciągle znajduję też nowe, które mam ochotę kupić. Bo są takie lekkie, zwiewne i dziewczęce, bo pięknie się w nich wygląda i nie wymagają absolutnie żadnego wysiłku przy noszeniu. Kiedyś cierpiałam na ich niedobór; w czasach, gdy zza zasłony wszechobecnej czerni zaczęłam dostrzegać inne kolory. Powoli zakochałam się w czerwieni i bieli, zieleni, a nawet błękicie i pudrowym różu. Ciągle mam w szafie sukienkę z tamtych czasów - białą w chabry; z chabrowymi tasiemkami. Rzadko ją noszę, ale nie potrafię się z nią rozstać - mam do niej ogromny sentyment. Zaraz myślę o chabrowych wiankach, które Mama plotła dla mnie latem, gdy sama jeszcze nie potrafiłam...

Wracając do sedna - pogoda nas nie rozpieszcza w te wakacje. Po tygodniu upałów, o którym już niemal zapomniałam i wręcz ciężko mi uwierzyć, że nie miał miejsca w jakimś innym życiu, deszcz rozpadał się na dobre. Rzęsiste ulewy, mżawki, pojedyncze krople i lekkie, rześkie opady - do wyboru, do koloru. Choć nie! Świat przybrał barwy najróżniejszych odcieni szarości - jeśli gustujecie w nieco inne palecie, nic tu dla Was.

Wczoraj, po przebudzeniu, wypatrywałam chwili przerwy na spacer z psą. Gdy na chwilę ucichł jednostajny szum, ubrałam się szybko i zabrałam Ptysię na dwór. Niestety - najkrótsza spacerowa trasa tym razem okazała się za długa, i obie wróciłyśmy mokre. Biedna psa, jeszcze bardziej niż ja. Ach, gdybyście tylko widzieli tę minę, te okrągłe oczy wpatrujące się we mnie z niemym wyrzutem! A co ja poradzę...? Kontrolę nad własnym życiem przejęłam już jakiś czas temu; nie zapowiada się jednak, żeby pogoda poszła w życia ślady. Bierzemy to, co nam daje, czy nam się to podoba, czy nie. 
A jak nie, najlepiej zamknąć się w domu, pod dachem, gdzie deszczowe krople nie wyrządzą nam szkody. Zaparzyć gorącej herbaty, i zjeść sobie do niej ptysia. Z jagodowym kremem najlepiej.

To taki prosty deser - ciasto parzone, bita śmietana i świeże borówki. Ja do środka dodałam niespodziankę w postaci curdu, który specjalnie z myślą o tym deserze przygotowałam. Wyszło lekko i lekko, taki deser schyłku lata.
Aż mi troszkę smutno, gdy o tym pomyślę... 

Ptysie jagodowe

Składniki:
(na 6-8 ptysi)
  • 125 ml wody
  • 65 g masła
  • 85 g mąki pszennej
  • 2 jajka

nadzienie:

dodatkowo:
  • 100 g serka mascarpone
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 150 g borówek amerykańskich

Wodę z masłem zagotować w garnuszku o grubym dnie. Gdy masło się rozpuści, dodać przesianą mąkę, intensywnie mieszając. Podgrzewać, aż masa zrobi się szklista i zacznie odchodzić od ścianek.
Ostudzić.

Do ostudzonej masy po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.

Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylką w kształcie dużej gwiazdy, wyciskać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia okrągłe ptysie, zachowując odstępy (ptysie mocno urosną).

Piec w 200 st. C. przez 20-30 minut.
Ostudzić na kratce.

Mascarpone, kremówkę i cukier waniliowy ubić na sztywno. Przełożyć masę do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdy.

Ptysie przekroić na pół w poziomie, wycisnąć krem na brzegach, środki wypełniając curdem. Udekorować borówkami.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie u Alicji. Można wygrać zupełnie wyjątkowe talerze i podstawki, które szalenie mi się spodobały. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 28 lipca 2015

O jagodowej tęsknocie. I borówki - zamiast

W Danii nie ma jagód.
Jak to? - spytacie z oburzeniem. Przecież jagody są wszędzie - w lesie całe pola (wystarczy wiedzieć, gdzie szukać), przy drodze siedzą starsze panie z litrowymi słoikami pełnymi tych leśnych skarbów, a jeśli jesteśmy typowymi mieszczuchami, możemy wybrać się na najbliższy targ i tam z pewnością znajdziemy kilka stoisk uginających się, między innymi, pod tymi czarnymi kuleczkami.
A ja Wam odpowiem - wcale nie. Ani w sklepie, ani na targu, ani w mrożonkach nawet - nie ma. Tylko borówki amerykańskie, na które był prawdziwy szał w czasach, gdy uczęszczałam do liceum. Jagody nas znudziły, bo takie małe i niereprezentatywne, a borówki - duże, idealne elipsy, wydawały się dużo bardziej wyrafinowane. No i jeszcze ta nazwa - amerykańskie. Któż by się oparł...?
Jedli wszyscy, jadłam i ja, zachwycając się ich smakiem. A jednocześnie z Rodzicami i Młodą jeździliśmy od czasu do czasu na jagody. Wracałyśmy niemożebnie umorusane, fioletowe nawet za uszami, z brzuchami pełnymi jagodowego dobra. Słoiczki, no cóż... W większości zapełniali Rodzice. 

Dzisiaj jagody przechodzą swoisty renesans - razem z modą na wszystko, co swojskie i lokalne, wróciły do łask. Wszyscy pieką jagodzianki niemal na wyścigi, starając się udoskonalić już przecież doskonałe receptury naszych babć. A ja tylko dostaję ślinotoku na myśl o tych wszystkich sernikach, drożdżówkach i babeczkach, i zadowalam się borówkami. Które owszem, są dobre, ale ze smakiem leśnych jagód niewiele mają wspólnego. 

Postanowiłam przetestować przepis na krem, który przygotowywałam wielokrotnie, z dodatkiem najróżniejszych owoców - od tradycyjnych cytryn, przez inne cytrusy, aż po rabarbar czy żurawinę, a nawet marchewkę. Mowa o curdzie - angielskim kremie-budyniu, lekko kwaskowym, intensywnie owocowym, który podbił chyba cały świat. Na podstawie ulubionego przepisu przygotowałam go z borówek, i muszę przyznać, że mile mnie zaskoczył. Kremowa, budyniowa konsystencja i intensywny, owocowy smak. Czego chcieć więcej...?
Może tylko curdu z prawdziwych, leśnych jagód...

Jagodowy curd

Składniki:
(na 350 g curdu)
  • 300 g jagód/borówek amerykańskich
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

Jagody/borówki zmiksować blenderem na gładką masę, przetrzeć przez sitko. Umieścić w garnuszku razem z jajkami, żółtkami, cukrem, sokiem z cytryny i mąką. Dokładnie wymieszać. Podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa nabierze konsystencji gęstego budyniu. Wlać olej, wymieszać, gotować jeszcze 2 minuty.
Ostudzić.

Smacznego!

A już jutro pokażę Wam, jak zawartość takiego słoiczka można wykorzystać. Bo choć wyjedzenie jej ot, tak po prostu, łyżeczką, a być może nawet palcem, wydaje się niezwykle kuszące, gwarantuję, że są jeszcze lepsze możliwości.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Tajemnice imion i imieninowe ciasto z porzeczkami

Jako nastolatka nie lubiłam swojego imienia. Zawsze wydawało mi się takie... Pospolite. Ale tak to już chyba jest z nami, dziewczynami: te o wymyślnych imionach, gdzie rodzice puścili wodze swych ułańskich fantazji, marzą o imionach prostych, które inni będą potrafili wymówić bez problemu; te z nas, obdarzone imionami bardziej tradycyjnymi, marzą o szczypcie chociaż oryginalności. Wiecie, trochę jak z włosami - dziewczyny z prostymi szaleją z trwałą, a tych z kręconymi najlepszymi przyjaciółkami są prostownice. Jednak, o ile naturę można nieco poprawić środkami mniej lub bardziej inwazyjnymi, o tyle rodzicielskiej spuścizny ciężko się pozbyć. W końcu więc pogodziłam się z tym moim najnudniejszym z imion, czasem nawet dostrzegając jego zabawne lub romantyczne strony. Naprawdę jednak doceniłam je po wyjeździe za granicę: proste, łatwe, popularne w każdym z europejskich języków (choć wymówienie dwóch n pod rząd dla Duńczyków jest niewykonalne; dodatkowo przy każdej próbie wyskakują mi z ananasem...). Niemniej - imię swoje polubiłam, i teraz już zdecydowanie nie zamieniłabym go na żadne inne. Powinnam więc podziękować Rodzicom, a właściwie Babci, która postanowiona pod ścianą z powodu braku pewnych niezwykle istotnych części dla Michała, jak z rękawa rzuciła Anną, z Marią dla towarzystwa. 
I tu muszę uczynić kolejną dygresję - Duńczycy nie zdrabniają imion. Dziwią się niezmiernie, gdy przedstawiam się Anna, a nie Anna Maria. Bo nawet do dwuletniego dziecka nikt nie będzie się zwracał inaczej niż Josefine Caroline, jeśli tak właśnie nazwać owo dziecko postanowili rodzice; co z kolei za każdym razem zadziwia mnie.

Moi Rodzice za to wykazywali się wielką inwencją, jeśli chodzi o nazewnictwo swojej pierworodnej. Jest więc Aśka, co zawsze wprawiało w wielką konsternację moją przyjaciółkę Asię; Aniutek to z kolei wymysł Najlepszych Sąsiadów moich Rodziców. Tato z upodobaniem nazywa mnie Andzią, często w parze z Lipą z powodów mi zupełnie nieznanych. Ania, Anulka czy Aneczka pojawiały się w różnych sytuacjach; i tylko moja wychowawczyni w liceum uparła się na Ankę, która wtedy doprowadzała mnie do pasji. Dziś mam do niej stosunek neutralny, nawet miło mi się kojarzy z jednym z ulubionych seriali.

Skoro już zdradziłam Wam wielką tajemnicę mojego imienia, z pewnością wiecie, że wczoraj miałam imieniny (bo każdy chyba choć jedną Ankę zna). I choć Duńczycy imienin nie obchodzą (znów wywołałam falę zdziwienia domagając się od C. życzeń chociażby), to przygotowałam sobie ciasto lekko udające tort. 
Historia ciasta jest prosta, acz niezwykła - otóż zobaczyłam w sklepie porzeczki. Phi! - niejeden wzruszy ramionami. Porzeczki, a cóż to za ekstrawagancja? Na każdym ryneczku można kupić kilogram za parę złotych, i to w trzech różnych kolorach. W tym momencie uniosę brew i wytłumaczę: w Danii porzeczki są rzadkie, a jeśli już, to na wagę złota. Gdy więc ujrzałam czerwone, w niezwykle kuszącej cenie trzydziestu złotych za kilogram, rzuciłam się na nie niczym lwica, rozbawiając C. niemal do łez. Dumna, przyniosłam do domu pudełeczko, i od razu zabrałam się za szukanie odpowiedniego przepisu, który moje skarby uhonoruje odpowiednio. Na stronie Java cupcake trafiłam w końcu na ciasto czekoladowe z kremem porzeczkowym, które mnie urzekło swoją prostą, a jednocześnie bardzo efektowną dekoracją. Czym prędzej więc wybrałam się na zakupy, bo kilograma kwaśnej śmietany na składzie nie mam na co dzień... Upiekłam więc ciasto, przygotowałam zaskakujący krem, oblałam polewą i udekorowałam koralami porzeczek. Dumna jak paw, podziwiałam swoje dzieło (choć nad oblewaniem zdecydowanie muszę popracować). I, muszę przyznać, smak również mnie urzekł. Ciężkie, niemal w stylu brownie ciasto czekoladowe doskonale kontrastuje z lekkim, kwaskowatym kremem, w którym czerwone kuleczki niemal eksplodują smakiem po rozgryzieniu. Polewa  i dekoracja to taka kropka nad i - dzięki temu ciasto naprawdę pięknie się prezentuje.

W ramach imienin częstuję więc ciastem porzeczkowo-czekoladowym: prostym, a jednocześnie wykwintnym.

Czekoladowe ciasto z kremem porzeczkowym

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 28 cm)

ciasto czekoladowe:
  • 200 g masła
  • 200 ml mocnej kawy, ostudzonej
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 95 g kakao
  • 145 g kwaśnej śmietany
  • 2 jajka
  • 200 g cukru
  • 325 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

krem porzeczkowy:
  • 300 g czerwonej porzeczki
  • 150 g cukru
  • sok z 1/2 pomarańczy
  • 6 żółtek
  • 700 g kwaśnej śmietany
  • 8 listków żelatyny

polewa czekoladowa:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 30 g masła

dekoracja:
  • 200 g czerwonej porzeczki
  • 1 białko
  • 100 g drobnego cukru

Masło rozpuścić, dodać przesiane kakao, kawę i ekstrakt. Gotować 1 minutę, zdjąć z palnika, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z sodą i cukrem.
Jajka roztrzepać, wymieszać ze śmietaną. Dodać letnią masę kakaową, dokładnie wymieszać. Wlać mieszankę do suchych składników, wymieszać krótko, tylko do połączenia.

Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 25-35 minut, do suchego patyczka.
Ciasto przestudzić w formie, następnie wyjąć i ułożyć do całkowitego ostudzenia spodem do góry.

Gdy ciasto całkowicie ostygnie, przeciąć w poziomie na pół.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Porzeczki na ciasto oberwać, zasypać 50 g cukru i zalać sokiem pomarańczowym. Zagotować; podgrzewać na małym ogniu 5-10 minut, aż porzeczki zmiękną, ale nie będą się rozpadać. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, delikatnie wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Odstawić do całkowitego ostudzenia.

Żółtka utrzeć ze 100 g cukru na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać śmietanę, miksując na najniższych obrotach miksera. Dodać ostudzoną masę porzeczkową, delikatnie połączyć, żeby nie rozgnieść porzeczek. Wstawić do lodówki na 30-60 minut, aż masa zacznie tężeć.

Na paterze ułożyć spód ciasta, zamknąć obręcz tortownicy. Wyłożyć tężejący krem, przykryć drugim blatem ciasta. Schłodzić w lodówce przez noc, aby krem się ściął.

Brzegi formy obkroić ostrym nożem, zdjąć obręcz.

Kremówkę zagotować, zalać drobno posiekaną czekoladę. Odstawić na 3 minut, wymieszać. Dodać masło pokrojone na małe kawałki, połączyć. Przestudzić.

Gęstniejącą polewą oblać ciasto z wierzchu i na bokach.

Porzeczki do dekoracji umyć, osuszyć. Zanurzać w lekko roztrzepanym białku, a następnie obtaczać w drobnym cukrze. Ułożyć na cieście.

Smacznego!

A Wy - lubicie swoje imiona? I z jakimi najdziwniejszymi zdrobnieniami się spotkaliście?

piątek, 24 lipca 2015

Liebster Blog Award razy cztery

Dziś ostatni dzień wyzwania blogowego u Ani. Tym razem mieliśmy napisać pięć rzeczy o sobie, najchętniej pikantnych tajemnic, o których niczego nieświadomi Czytelnicy do tej pory bladego pojęcia nie mieli. Jednak, po pierwsze, można we mnie czytać niczym w otwartej księdze, na blogu regularnie dzielę się z Wami moim życiem osobistym (na co, póki co, nikt nie narzeka) i chyba dałam się już poznać z każdej niemal strony; a po drugie - nie jestem w tym za dobra. Nie wiem, co o sobie powiedzieć, żeby zaciekawić ludzi moją skromną osobą (pisanie CV i listu motywacyjnego, pomijając fakt, że po duńsku, to koszmar właśnie z tego powodu). Jak typowa Polka, mam problem z chwaleniem się i przyjmowaniem komplementów: piękne ciasto - eee tam, zwykły sernik; ładna bluzka - ach, taka tam stara; dobrze dziś wyglądasz - a wiesz, zaspałam i nawet nie zdążyłam się umalować... Znacie to? Założę się, że tak. Takie zachowania siedzą w nas głęboko, i ciężko się ich pozbyć. Staram się jak mogę, ale ciągle, gdy mam opowiadać o sobie, nie jest lekko...

Dlatego właśnie postanowiłam wykorzystać fakt, że cztery fantastyczne blogerki: MuffinkaKaroGosia i Ola, nominowały mnie do Liebster Blog Award 2015, czyli zabawy polegającej na odpowiedzeniu na jedenaście pytań. Łącznie będziecie więc mogli przeczytać aż czterdzieści cztery rzeczy o mnie, o których być może nie wiedzieliście... Albo i wiedzieć wcale nie chcieliście - w takim wypadku nie czytajcie dalej.
Na początek pytania od Muffinki:

1. Jaka jest Wasza ulubiona przyprawa?
Uff, trudne pytanie (a to dopiero pierwsze!). Mam w kuchni mnóstwo pojemniczków i torebeczek pełnych aromatycznych przypraw, bo uważam je za bardzo istotny składnik mojego gotowania. Największym sentymentem jednak darzę kardamon - od samego początku mojej przygody z pieczeniem mnie oczarował, i bardzo lubię dodawać go na przykład do białej czekolady.

2. Co Was natchnęło do rozpoczęcia pisania bloga?
O tym już pisałam wielokrotnie - po przyjeździe do Danii zaczęłam najpierw obserwować blogi kulinarne, później wykorzystywać z nich przepisy, aż wreszcie zapragnęłam mieć swoje miejsce w sieci.

3. Jakie jest Wasze motto życiowe?
Hmm... Chyba nie mam takiego. Ale od jakiegoś czasu hołduję zasadzie: żyj i pozwól żyć innym. Uważam też, że należy spełniać marzenia, a praca tylko dla pieniędzy nigdy nie przyniesie satysfakcji. Dlatego połączyłam jedno z drugim i rozpoczęłam szkołę cukierniczą.

4. Co jest Waszą mocną stroną w gotowaniu?
Zdecydowanie pieczenie. I łączenie nowych, nietypowych smaków - tak przynajmniej lubię myśleć.

5. Jakie jest Wasze popisowe danie?
Czy ja wiem? Generalnie chyba ciasto, jakiekolwiek... A precyzując: sernika różne wariacje. I drożdżówki z owocami - ostatnio wszyscy się nimi zachwycają.

6. Jakie jest Wasze najzabawniejsze wspomnienie z gotowania?
Gdy byłam mała, razem z Siostrą czas przed Bożym Narodzeniem często spędzałyśmy u Dziadków. Oczywiście, pomagałyśmy Babci jak potrafiłyśmy najlepiej. Ubrane w koszule flanelowe, chodziłyśmy po domu ze skupionymi minami, a w kieszonkach zamiast eleganckich chusteczek nosiłyśmy... Łyżeczki. I próbowałyśmy nimi wszystkiego.

7. Jaki kraj chcielibyście odwiedzić pod względem kulinarnym?
Każdy. Serio - chyba wszystkie kuchnie mają coś ciekawego i intrygującego do zaoferowania. Mogłabym tak jeździć po świecie i smakować... Dopóki nie zatęskniłabym za swoją własną kuchnią.

8. Wasz ulubiony owoc? 
Czereśnie, bo mam do nich ogromny sentyment z dzieciństwa i kiedyś na to pytanie nie odpowiedziałabym inaczej. Dzisiaj szaleję chyba za wszystkimi, szczególnie tymi z kwaśną nutą. 

9. Dla kogo lubicie najbardziej gotować? 
Dla wszystkich, którzy chcą jeść to, co przygotowałam. Uwielbiam sprawiać radość moim bliskim, ale też zupełnie obcym osobom - na przykład panu w autobusie, który z niego wysiadając chwalił się wszystkim pasażerom, czego to on nie dostał. 

10. Jakie jest Wasze ulubione ciasto?
Sernik. Najchętniej pieczony, ale dodatki mogą być przeróżne. Uwielbiam je i piec, i jeść. 

11. Czy jest danie/deser, bez którego nie wyobrażacie sobie życia? 
Hmm... Wiele jest takich, szczerze mówiąc. Ale chyba lody. Życie bez lodów byłoby niesamowicie smutne...

Pytania od Karo:

1. Gdybyś mogła mieszkać w wybranym mieście w Europie, które by to było i z jakiego powodu?
Wiele jest takich. Wahałabym się między Wiedniem, bo wydaje mi się taki cudownie staroświecki i jest szansa, że na którymś spacerze spotkałabym mojego ulubione powieściopisarza; Paryżem, bo jest cudownie romantyczny i chyba każda dziewczyna kiedyś marzyła o mieszkaniu na paryskim poddaszu; a Barceloną, bo wydaje mi się tajemnicza i urzekająca.

2. Twoja popisowa potrawa to...?
Tak ja napisałam wyżej - sernik. Zdecydowanie.

3. Dlaczego zaczęłaś gotować i interesować się kuchnią i kulinariami?
Bo się nudziłam. Nie mając pracy przez kilka chwil, nie wiedziałam, co ze sobą robić. A że jeść trzeba, a ja praktyczna raczej jestem, wydawało się to dobrym rozwiązaniem na daną chwilę. Okazało się, że zostało ze mną na dłużej. 

4. Piętrowy, bogaty tort czy proste ciasto? Dlaczego tak, a nie inaczej?
To zależy. Do jedzenia - raczej proste ciasto. Ich smak przypomina mi dzieciństwo, poza tym wystarczy odrobina wanilii czy cynamonu, żeby nabrało zupełnie nowego charakteru. Jeśli zaś chodzi o przygotowanie, to takie proste ciasta to codzienność, ale lubię wyzwania, więc od czasu do czasu lubię poszaleć z tortami.

5. Twoje ulubione czasopismo to...?
Nie mam. Nie kupuję nic regularnie, ot, jak mnie coś zainteresuje. Za to z prawdziwą rozkoszą inwestuję w książki, nie tylko kucharskie.

6. Ulubiony produkt spożywczy. Dlaczego akurat ten?
Hmm... Bo ja wiem? Chyba czekolada - bo sama w sobie jest pyszna, a i wszystko, co czekoladowe, zazwyczaj powala smakiem.

7. Potrawa, której nienawidziłeś w dzieciństwie, to...?
Nienawidziłam to być może zbyt mocne słowo, ale naprawdę nie lubiłam galatu. Do dzisiaj nie jestem jego największą fanką.

8. Twój preferowany środek transportu to...? 
Samochód. Mieszkam w małej mieścinie, gdzie autobusy jeżdżą rzadko, a często przemieszam się na duże odległości - samochód jest szybki, wygodny i w ogóle niezastąpiony. Poza tym po prostu uwielbiam prowadzić auto!

9. Do jakiego filmu najchętniej i wielokrotnie wracasz? Dlaczego?
Ostatnimi laty jest to Nightmare before Christmas Tima Burtona. Za świetną historię, genialną muzykę i niepowtarzalny, wyjątkowy klimat. 

10. Co poza gotowaniem Cię pasjonuje?
Książki. Uwielbiam czytać, przeżywam te wszystkie mniej i bardziej fantastyczne historie, mam mocno rozbudowaną wyobraźnię i nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron.

11. Jesteś lub byłaś kiedykolwiek na diecie? Z jakiego powodu?
Kilka razy próbowałam, ale to dawno i nieprawda. Oczywiście, chodziło o zrzucenie kilku nadprogramowych kilogramów, ale bez słodyczy czułam się straszliwie smutna... Poza tym taka dieta to podwójne wyrzeczenie - nie można jeść, ale też przyrządzać, co jest karą samo w sobie... W związku z tym zamiast odbierać sobie przyjemności, zaczęłam ćwiczyć - i poskutkowało.

Teraz kolej na pytania od Gosi:

1. Bez jakiego sprzętu kuchennego nie umiałabyś się obejść?
Odkąd dostałam Wallego, to on jest w centrum mojego kulinarnego wszechświata, głównie za swoją uniwersalność. Jednak pomijając jego - porządny, ostry nóż. Bez niego gotowanie jest katorgą.

2. Czy jest coś, czego nigdy byś nie zjadła?
Żywe robale. I pisklęta podawane w całości - to zdecydowanie za dużo, jak na moje delikatne nerwy...

3. Kto jest Twoim kulinarnym idolem/idolką? Dlaczego?
Nigella. Oglądałam jej programy na długo przedtem, zanim zaczęłam interesować się gotowaniem samym w sobie. Nigella jest po prostu czarująca, no i nie wstydzi się podjadać po północy.

4. Czy jest jakaś potrawa lub deser, który sprawia Ci szczególną trudność lub którego wyjątkowo nie lubisz?
Nie przepadam za jedzeniem galatu, sama nigdy nie próbowałam go robić. Kiedyś frustrowały mnie ciasta ucierane - wyciągałam z piekarnika jeden zakalec za drugim... Dzisiaj przełamałam fatum, a każdą trudność w kuchni traktuję jako wyzwanie i drogę do rozwoju.

5. Gdybyś nie blogowała o gotowaniu/pieczeniu, to o czym?
O książkach. Od czasu do czasu zresztą to robię.

6. Dla kogo nigdy nie chciałabyś gotować?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam... Tak samo lubię gotować dla bliskich, jak i dla obcych osób - kiedy tacy chwalą, ma się pewność, że nie robią tego dlatego, że nas kochają.
Ale chyba nie chciałabym pracować w stołówce dla polityków, bo... No wiadomo, prawda...?

7. Gdybyś mogła mieszkać w dowolnym miejscu na świecie, ale nie tu, gdzie jesteś teraz, gdzie by to było?
Tak jak pisałam wyżej - Paryż, Barcelona, Wiedeń. Może Kraków? Uwielbiam jego artystyczny klimat. Albo jakieś małe, malownicze miasteczko gdzieś w Europie, gdzie jest raczej ciepło niż zimno, gdzie na targu można kupić piękne sezonowe warzywa i owoce, żartując przy tym ze sprzedawcą, gdzie miałabym piękną kuchnię w drewnie, a z belek pod sufitem zwisałby czosnek i suszące się zioła... Tak sielsko-anielsko i spokojnie, bez pośpiechu...

8. Czy zdarzyło Ci się kiedyś kupić jakiś kompletnie nieprzydatny gadżet kuchenny? Jeśli tak, to jaki i co się z nim stało?
Hmm... Kupiłam stojący mikser, po czym nie używałam stojaka, bo nie spełniał do końca swojej funkcji. Z tego co pamiętam, chyba gdzieś się ciągle kurzy na dnie szafy... Kupiłam też krajalnicę, której użyłam raz - za dużo mycia, a efekt mizerny. Też leży w pudle w szafie i czeka na lepsze dni.

9. Na co (poza blogiem) najchętniej wydajesz pieniądze?
Na książki. Uwielbiam czytać i gromadzić książki, w których zaczytywać się kiedyś będą moje dzieci i wnuki... I na jedzenie, ale to można podciągnąć pod bloga, prawda?

10. Z kim najbardziej lubisz gotować?
Z moim C. Bardzo nam dobrze razem idzie, nawet w naszej mikroskopijnej kuchence.

11. Mając 1000 zł i mogąc je wydać tylko na jedną rzecz, kupiłabyś buty czy torebkę?
Buty. Na wysokim obcasie, takie tylko na wyjątkowe okazje (bo na co dzień szpilek nie noszę; poza tym, jakbym wydała tyle pieniędzy na jedną rzecz, niemal bałabym się to nosić...).

I na koniec pytania od Oli:

1. Poranek czy wieczór - kiedy wyzwala się w Tobie największa kreatywność i pracowitość?
Choć lubię przesiadywać wieczorami, najbardziej pracowita jestem rano - zaraz po obudzeniu mam najwięcej energii do działania. Choć w zasadzie w kuchni mogę szaleć o każdej porze dnia i nocy (dosłownie!).

2. Miseczka czy talerz - w czym wolisz przegryzać zupę?
Miseczka, zdecydowanie. Muszę w końcu kupić jakiś ładny, nowy komplet, bo stary zaczyna mnie powoli nudzić.

3. A skoro o zupie mowa... Klarowna czy krem? Z jakich warzyw najchętniej?
Krem, zdecydowanie. Z dyni lub marchewki pojawiają się u mnie najczęściej, ale lubię też eksperymentować z nowymi smakami i połączeniami.

4. Przyznaj się do swojego kulinarnego grzechu. Po którym wcale nie prosisz o pokutę i nie postanawiasz poprawy.
Podjadam, i to o najróżniejszych porach. Pory posiłków są dla mnie bardzo umowne - jak tylko robię się głodna, jem.

5. Miałaś czasem ochotę podjeść pistacje w dziale orzechów na wagę?
Nie, jakoś o tym specjalnie nie myślałam... Co innego czereśnie - często mnie korci, żeby sprawdzić, czy są wystarczająco słodkie.

6. Jaka jest Twoja najdziwniejsza fobia?
Bo ja wiem...? Boję się pająków i innych robali, ale to chyba nie aż takie dziwne...

7. Czy serio czytasz magazyny kulinarne?
Nie, raczej tylko przeglądam i wybieram, co mnie interesuje.

8. A posty innych blogerów? Czytasz, czy raczej oglądasz tylko fotografie?
Czytam, od deski do deski (najbardziej lubisz jaglankę, a słuchasz Chet Fakera).

9. Cerata? Renesans czy wciąż kuchenny kicz?
Zależy jaka. Taka tradycyjna, śliska i w kratę do mnie nie przemawia. Ale są już takie bardziej eleganckie, które przypominają obrusy, i można je dostać w bardzo ciekawych wzorach - jeśli kiedyś będę miała miejsce na ceratę, być może się na taką właśnie skuszę.

10. Zdarza Ci się zjeść coś z podłogi, gdy spadnie?
Tylko, gdy nikt nie patrzy.

11. Klniesz w kuchni?
Rzadko. Przebywanie w kuchni działa na mnie raczej uspokajająco, ale są takie dni, że wszystko leci mi z rąk, i cóż... Używam wtedy słów powszechnie uznanych za niecenzuralne. Ale też raczej, gdy nikt nie słyszy.

Mam nadzieję, że dziewczyny poczują się usatysfakcjonowane moimi odpowiedziami. Raz jeszcze ogromnie dziękuję za nominacje - bardzo to przyjemne uczucie. Ale w końcu Wy też byłyście nominowane, więc doskonale o tym wiecie.

Muszę przyznać, że odpowiedzi na te pytania zajęły mi dobrą godzinę. Człowiek się musi poważnie zastanowić, nawet, jeśli pytania są z pozoru proste, a odpowiedzi oczywiste. Jak nic wyzwoliło to ze mnie pokłady kreatywności, więc myślę, że post idealnie wpasowuje się w wyzwanie u Ani.

środa, 22 lipca 2015

Zimna miska według Duńczyka

Wyzwanie u Ani trwa nadal, tym razem podejmując mój ukochany temat, czyli jedzenie. W dodatku jedzenie letnie, wakacyjne. Czy może być coś wspanialszego...?

Na straganach piętrzą się pachnące warzywa i owoce, obok których nie potrafię przejść obojętnie. Najchętniej do domu przyniosłabym wszystko! Znoszę więc naręcze rabarbaru (tak, tak, nawet teraz mam kilka łodyg w lodówce; nie oszukujcie więc, że sezon już się skończył), kobiałki truskawek, pęczki szparagów, młode cukinie i oszałamiająco pachnące pomidory, intensywne w kolorze czereśnie i rozkoszne, pełne maleńkich pesteczek maliny. Mojemu nie tak już sokolemu wzrokowi nie umknie nic - ostatnio z entuzjastycznym okrzykiem zachwytu rzuciłam się na czerwone porzeczki, które w Danii są drogie i ciężko je dostać. A tu proszę - kilka pojemniczków stoi sobie równiutko i tylko czekają, aż po któryś sięgnę. Nie oparłam się, dodatkowo zachęcana przez C., któremu udzieliła się nagła i nieodparta ochota na te czerwone kuleczki.
Będzie więc ciasto czekoladowe z porzeczkowym kremem - już niedługo Wam je pokażę.

Tymczasem jednak wróćmy do rabarbaru - mojego kwaśnego, ulubionego. Mam ogromną słabość do tych zielono-różowych łodyg, więc sięgam po nie za każdym razem, gdy tylko znajdą się w zasięgu moich rąk. Nie inaczej było i tym razem - prężyły się dumnie zaraz obok moreli. Jak zwykle - uległam.

Przepis, który chciałabym Wam dzisiaj zaproponować nie jest do końca klasyczny, ale zachowuje ogólnie przyjęte ramy koldskål, czyli słynnej duńskiej zupy maślankowej. Poznałam jej smak kilka lat temu, gdy po raz pierwszy uraczył mnie nią C. W upalne dni jadamy takie cudo zamiast obiadu; w chłodniejsze - na deser po czymś bardziej rozgrzewającym. Jednak lato bez koldskål, w takiej czy innej wersji, byłoby po prostu nieważne
Co to właściwie jest? Zupa na bazie maślanki, czasem wymieszanej z jogurtem, czasem z kremówką dla polepszenia konsystencji; klasycznie przygotowuje się ją na bazie żółtek utartych z cukrem, i tak też będzie w poniższym przepisie (dla tych, którzy surowych jajek nie jadają, mam dobrą wiadomość - na dniach pokażę przepis na wersję bezjajeczną), aromatyzowanych wanilią. Ja z niej zrezygnowałam na rzecz syropu z kwiatów czarnego bzu, który niepodzielnie w mojej kuchni panuje. W oryginale zupa miała być cytrynowa; ja postawiłam jednak na nieco słodszą wersję, za to w musie z rabarbaru cukru oszczędziłam, dzięki czemu przyjemnie ze sobą kontrastują. Do tego - obowiązkowo - coś chrupiącego. W tym wypadku podpieczony ciemny chleb żytni z dodatkiem orzechów laskowych - ta kruszonka jest tak pyszna, że musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie wyjeść wszystkiego z miseczki. Porcja jest słuszna, ale gwarantuję - nic się nie zmarnuje.

Przepis znalazłam w duńskim magazynie Femina magazine: Sommer mad 2015. I natrafiłam na problem z tłumaczeniem: jak bowiem przełożyć na polski swirl? Duńczycy się tego zadania nie podjęli; wśród morza duńskich słów swirl wiruje w tak walca angielskiego.
Jakieś pomysły...?

Jeśli więc macie ochotę poczuć smak duńskiego lata, polecam Wam ten deser ogromnie. Może rozbudzi w Was miłość do kuchni skandynawskiej...?

Zupa maślankowo-bzowa z rabarbarowym zawijasem i orzechowo-żytnią kruszonką

Składniki:
(na 4 porcje)

zupa:
rabarbarowy zawijas:
  • 350 g rabarbaru
  • 150 g cukru trzcinowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 1 laska wanilii
kruszonka:
  • 4 kromki ciemnego chleba żytniego
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 45 g ciemnego cukru muscovado
  • 100 g orzechów laskowych
  • 45 g masła
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wlać syrop, zmiksować. Powoli dodawać maślankę i skyr, cały czas miksując.
Schłodzić w lodówce.

Rabarbar pokroić na plastry, umieścić w garnuszku razem z cukrem, skórką i sokiem z cytryny. Laskę wanilii przeciąć na pół, wyskrobać ziarenka, dołożyć wszystko do rabarbaru. Zagotować; gotować na małym ogniu przez 5-10 minut, aż rabarbar się rozpadnie. Wyjąć laskę wanilii, zmiksować rabarbar na gładki mus.
Ostudzić, schłodzić w lodówce przed podaniem.

Chleb pokroić w kostkę, orzechy posiekać, wymieszać. 
Masło podgrzać z cukrem i solą, aż cukier się rozpuści. Wlać do orzechów i chleba, dokładnie wymieszać.
Mieszankę wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 20 minut, w połowie pieczenia mieszając.
Ostudzić.

Zupę nalać do miseczek, wyłożyć mus rabarbarowy, tworząc zakrętasy.
Podawać z kruszonką.

Smacznego!

Dla tych, którzy przepis chcieliby wykonać w Polsce - skyr to rodzaj nisko tłuszczowego jogurtu; spokojnie więc można go zastąpić po prostu dość gęstym jogurtem naturalnym. W smaku nie będzie wyczuwalnej różnicy.

Przepis dodaję również do skandynawskiej akcji Mopsika.

Skandynawskie lato 2015

wtorek, 21 lipca 2015

Powrót do dzieciństwa. I bułeczki z truskawkami i kwiatowym lukrem

W sobotę bratanek C. miał urodziny. Szóste. W związku z tym doskonałym pomysłem wydawała się wycieczka do jednego z licznych i bardzo popularnych w Danii parku rozrywki. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie deszcz... Gdy w końcu po niemal dziesięciu godzinach udało mi się w domu dosuszyć, okazało się to niezwykle satysfakcjonującym uczuciem. Nieco dziwnym może wydawać się, że pierwsze kroki po powrocie skierowałam pod prysznic, ale dla odmiany zalewająca mnie ciepła woda okazała się niesamowicie przyjemna. A później już tylko ciepła piżamka (ta standardowo zarezerwowana do użytku od października), kołderka i nowy odcinek serialu. Ktoś zna receptę na bardziej udany wieczór po całym dniu moknięcia? Ręce w górę!

Zanim jednak skierowałam swe umęczone ciało ku kanapie, cały dzień szalałam niczym wyżej wspomniany sześciolatek, a może nawet bardziej...? Bo gdy dzieci stwierdziły, że na wodny park jest za zimno i zdecydowanie za mokro, trójka nieustraszonych dorosłych ze mną w składzie ruszyła na podbój zjeżdżalni. Ooo, a było co podbijać, uwierzcie mi! Przy niejednej wydawałam z siebie radosno-przerażone piski, z jednej strony ciesząc się szaloną zabawą, a w duchu modląc się o przetrwanie w jednym kawałku (co się, na szczęście, udało). 
I choć było mokro i momentami szczękałam zębami, zabawa była przednia. Nie żałuję ani minuty, a i Wam serdecznie polecam takie miejsca. Bo można w sobie na nowo odkryć być może głęboko uśpione dziecko; bo można po prostu poszaleć nie zwracając uwagi na to czy wypada, czy może jednak nie. 

Oczywiście, dzień pełen takich atrakcji nie mógł się obyć bez drożdżówek. Chcę więc Wam ogromnie polecić bułeczki, które zrobią wrażenie na wszystkich: słodkie, nieco lepkie od lukru, z intensywnym smakiem truskawek otulonych mięciutkim ciastem drożdżowym i ulotnym aromatem kwiatów czarnego bzu.
Gdy tylko zobaczyłam je na blogu Every cake you bake, wiedziałam, że takie upiekę. Czułam mocny, wewnętrzny przymus; ba, spędziłam kilka wieczorów na wyobrażaniu sobie tego smaku. I z radością oznajmiam: rzeczywistość mnie nie rozczarowało. Ciasto drożdżowe na takiej ilości żółtek jest cudownie delikatne i mięciutkie, truskawki są równo rozłożone, więc można cieszyć się ich smakiem w każdym kęsie. I jak zwykle okazało się, że przygotowałam za mało...

Bułeczki z truskawkami i lukrem z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 500 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 150 ml letniego mleka
  • 100 g masła
  • 1 jajko
  • 3 żółtka

dodatkowo:
  • 300 g truskawek
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 jajko

lukier:

Mąkę przesiać. 
Drożdże rozetrzeć z 1 łyżką cukru, 2 łyżkami mąki i 3 łyżkami mleka. Odstawić na 15 minut.
W tym czasie jajko, żółtka, cukier i cukier waniliowy utrzeć na puszystą, jasną masę. Masło rozpuścić i przestudzić.

Do ubitych jajek dodać wyrośnięty rozczyn, następnie mleko i partiami dosypywać mąkę. Na końcu wlać masło. Zagnieść gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny. 

W tym czasie truskawki umyć, osuszyć, oderwać szypułki, a następnie pokroić w kosteczkę. Wymieszać z mąką ziemniaczaną.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 10 równych części, z każdej uformować wałeczek. Każdy z nich rozwałkować, na środku ułożyć paseke z truskawek, zawinąć i skleić brzegi. Zawiązać luźny supeł, podwijając końce.

Ułożyć bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.
Po tym czasie posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, aż się zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Cukier puder przesiać, wymieszać z syropem. Lukrem polać bułeczki, zostawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Lato jakie jest, każdy widzi. Ale może jednak skusicie się na piknik i takie właśnie bułeczki z ostatnich już, być może, truskawek...?

poniedziałek, 20 lipca 2015

Lektura na wakacje. W pięciu tomach

Kto mnie zna, ten wie - na punkcie książek mam fioła. Takiego zdrowego - w końcu czytanie to cudowna sprawa: rozwija wyobraźnię, poszerza słownictwo, przenosi nas w zupełnie inny świat i rozbudowuje, czasem przyziemne do tej pory, marzenia.
Dlatego gdy u Ani przeczytałam o jej nowym wyzwaniu, z radością pomyślałam o pierwszym wpisie.
Tu pragnę uczynić (i uczynię, w końcu to mój blog) małą dygresję - te wszystkie wyzwania i akcje przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie nadążam za nimi, tak szybko pojawiają się nowe, a znikają stare, do których powoli zaczynałam się przyzwyczajać. Oglądam je więc z zaciekawieniem, czasem nawet uważnie studiuję różne wpisy (bo wielu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o ludziach, blogach, blogowaniu, życiu; w ogóle to chyba o wszystkim - kto śledzi blogosferę, ten wie), ale blogowo raczej omijam. Tym razem jednak postanowiłam się pobawić, bo bloga Ani, jak i samą Anię zresztą, lubię bardzo. Nie znamy się osobiście, ale myślę, że w idealnym świecie bez setek kilometrów między ludźmi, mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Ania jest ciepła, troszkę zwariowana, podąża za głosem serca i swoimi pasjami. Nie odwleka rzeczy na później: zapragnęła założyć bloga, i po prostu to zrobiła. I świetnie jej idzie! Musicie wiedzieć, że Ania pisze przede wszystkim o podróżach i swoich zainteresowaniach - i robi to z pasją, dzięki czemu czyta się go tak przyjemnie.
No, dość już tej reklamy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że mi za nią zapłacono!

Pierwszym punktem wyzwania jest opisanie wakacyjnej lektury. Ja posunę się krok dalej - skoro lato trwa aż dziewięćdziesiąt trzy dni zakładam, że jedna książka to zdecydowanie za mało. Chciałabym więc Wam polecić całą serię książek, w których zakochałam się już dobre dziesięć lat temu, a dopiero teraz dane mi było skończyć serię.

Po słowiczej podłodze wpadło w moje rączki na studiach, pożyczył mi je jeden z kolegów z grupy, tak samo zafiksowany na punkcie książek, jak ja. Przeczytałam szybciutko, od deski do deski, zachwycona klimatem powieści. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że dostępna jest jeszcze tylko jedna część, a na ostatnią (na początku autorka planowała trylogię) przyjdzie mi czekać parę lat! Zniechęcona, zaniechałam poszukiwań części drugiej, i o książce po jakimś czasie, z wielkim bólem, zapomniałam.

Teraz, po latach, przypadkowo trafiłam na Lian Hearn w jednej z internetowych księgarni, i od razu zamówiłam całą serię, która rozrosła się do pięciu tomów. Mimo, że pozycje do cienkich nie należą, przeczytałam je zaskakująco szybko. Tak jak pierwsza, tak i pozostałe wciągają bez reszty, pozostawiając na koniec zdecydowany niedosyt.

Słowicza podłoga - uguisu-bari - otacza centralną część zamku rodu Tokugawa w Nijo, gdzie mieściły się komnaty feudalnego władcy. Cedrowe deski, lśniące i gładkie niczym jedwab, zostały położone w taki sposób, że przy najmniejszym nacisku wydają dźwięk przypominający śpiew japońskiego słowika. To zapora, przez którą nie prześliźnie się najzręczniejszy ninja, czytamy na obwolucie.
I właśnie do pokonania takiej podłogi przygotowywany jest Takeo. Uratowany przez pana Shigeru po masakrze maleńkiej wioski ukrytej wysoko w górach, gdzie mieszkał z rodziną, staje się jego przybranym synem. W ramach podzięki za całe dobro i serce, poznając tajemniczą historię rodu Otori, zgadza się pomóc w zabójstwie pana Iidy - bezlitosnego wroga Shigeru.

Akcja powieści dzieje się w wymyślonej krainie, bardzo przypominającej jednak średniowieczną Japonię. Choć nigdy nie przeżywałam fascynacji Krajem Kwitnącej Wiśni, opisy zwyczajów w powieści Hearn mnie urzekły. Te książki mają niesamowity klimat, któremu nie potrafiłam się oprzeć, a język, jakim są napisane, tylko potęguje to wrażenie.
Kolejne trzy części opowiadają dalsze losy Takeo, a ostatnia cofa się do czasów, gdy nie było go jeszcze na świecie. Poznajemy dokładną historię romansu Shigeru i Naomi, losy rodu Otori, które doprowadziły do akcji z pierwszego tomu. Całość jest spójna, szalenie ciekawa i wprost wymarzona do zabrania ze sobą na wakacje. Romanse, uczucia, walka o władzę, sprawy prywatne na tle wielkich wojen, a wszystko to zamknięte w specyficznej kulturze Dalekiego Wschodu - to po prostu trzeba przeczytać!

Lian Hearn
Po słowiczej podłodze
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2003
Na posłaniu z trawy
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2004
W blasku księżyca
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2006
Krzyk czapli
Wydawnictwo WAB 
Warszawa, 2007
Sieć niebios
Wydawnictwo WAB
Warszawa, 2008

niedziela, 19 lipca 2015

Rólgrólmeflól, czyli zapach mojego duńskiego domu, z duńskim deserem w tle

Każdy dom ma swój zapach. Mieszankę środków czystości, zapachu ludzi i zwierząt w nim mieszkających, a także, w pewien przedziwny sposób, ich zainteresowań i codziennego życia. Czasem jest to zapach kaszki i pudru bobasa, czasem farb i terpentyny, bywa nawet, że smaru lub oleju silnikowego, jeśli pan domu (rzadziej pani) jest zafascynowany motorami. 
Nasz dom pachnie jedzeniem. Jak mocno bym nie wietrzyła, jak starannie bym nie sprzątała - jedzenie zawsze znajdzie drogę, żeby wysunąć się na pierwszy plan. Obiady, które gotuje C. i ciasta, które piekę ja - to nasze hobby, nasza pasja, którą można poczuć już od progu, a czasem nawet zanim się go przestąpi. I choć nasza mikro kuchnia doprowadza mnie do szaleństwa swoimi rozmiarami i niefunkcjonalnością, to, mimo wszystko, jest to nasze ulubione miejsce w całym domu. Obijając się o siebie, z psem pałętającym się pod nogami, spędzamy tam często długie godziny. Bo jeśli tylko mamy chwilę wolnego, zaraz zastanawiamy się, co by tu dobrego zjeść. I to nie w tej nowo otwartej restauracji z niezwykle kuszącym menu, ale w naszych własnych czterech ścianach. Celebrujemy posiłki, ich przygotowywanie i konsumpcję, i dzielimy tę pasję ze sobą, co chyba jest w tym wszystkim najlepsze. Wspólny mianownik, którego nie przerażają najbardziej skomplikowane podziały.

Tym razem postanowiłam zaskoczyć C. jednym z deserów z dzieciństwa. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę - moja wersja słynnego duńskiego kisielu okazała się niezwykle smakowita. Połączenie rabarbaru, czereśni, truskawek i poziomek jest wyjątkowo udane; słodko-kwaśna mieszanka, która - dosłownie - wbija w fotel.

Nie korzystałam z żadnego konkretnego przepisu - widziałam ich już całe mnóstwo, różniące się zaledwie szczegółami. Do rødgrød med fløde, czyli po prostu rzadkiego, czerwonego kisielu ze śmietaną, nadają się wszystkie czerwone lub czerwonawe owoce: truskawki, jagody, maliny, porzeczki czarne i czerwone, jeżyny, czereśnie, a także rabarbar. Zasada jest jedna - ze słodkimi koniecznie należy zestawić kwaśne, żeby deser nie wyszedł mdły. Najczęściej kisiel zagęszcza się odrobiną mąki ziemniaczanej, ale widywałam też wersje bez zagęszczania, taką owocową zupę.
W ogóle, w języku duńskim słowo grød odnosi się do różnego rodzaju deserów i nie tylko. Jest to więc taki właśnie kisiel, ryż gotowany na mleku, ale też po prostu owsianka we wszystkich możliwych wariacjach. Nie zdziwcie się więc, jeśli przed Wami na stole wyląduje coś zupełnie nieoczekiwanego - to pewnie też pod nazwę grød da się podciągnąć.
Deser podajemy ze śmietanką - najczęściej kremówką, może też być słodka śmietanka do kawy, lub, w wersji fit lub kryzysowej, po prostu mleko. 

Gdy postawiłam przed C. miseczkę pełną tego specjału, po pierwszej łyżce zapadł się głęboko w fotel, wydając przy tym długie i głębokie mmm... Wnioskuję z tego, że naprawdę mu smakowało - smak dzieciństwa został przywołany.
Znowu.
Chyba zaczynam przyzwyczajać go do dobrego...

Duński kisiel, którego nazwę poprawnie wymówić potrafią tylko rodowici Duńczycy, zagościł również u Mirabelki, Panny Malwinny i Ani.

Czerwony kisiel ze śmietaną

Składniki:
(na 4 porcje)

  • 300 g rabarbaru
  • 300 g truskawek
  • 300 g czereśni
  • 100 g poziomek
  • 100 g cukru
  • sok z 1 cytryny
  • 200 ml wody
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
dodatkowo:

  • 4 łyżki śmietany kremówki (38%)
Rabarbar pokroić na 1centymetrowe kawałki. Truskawki pokroić w ćwiartki, a czereśnie wydrylować i przekroić na połówki.
Do garnka włożyć rabarbar, wsypać cukier, zalać 150 ml wody i sokie z cytryny. Zagotować, gotować na małym ogniu przez 5 minut. Dodać czereśnie, gotować kolejne 5 minut. Na końcu dodać truskawki i poziomki, gotować jeszcze 5 minut.
Mąkę rozrobić w pozostałej wodzie, wlać do kisielu, wymieszać. Gotować jeszcze przez 2 minuty.

Podawać na ciepło lub zimno ze śmietaną.

Smacznego!

Przepis dodaję do dwóch akcji: wiśniowej Mirabelki i skandynawskiej Mopsika.

W wiśniowym sadzie 2015
Skandynawskie lato 2015

piątek, 17 lipca 2015

Dla marzycieli. Syrop z kwiatów czarnego bzu

Na wczoraj ambitnie zaplanowałam sprzątanie mieszkania. Obiad uszykowałam dzień wcześniej na dwa dni, na deser - błyskawiczne ciasto, które nie wymagało nawet użycia miksera. Na drodze stanęła mi... Pogoda. Bo kiedy parno, duszono i naprawdę ciepło, ostatnia rzecz, na jaką się ma ochotę, to bieganie ze ścierką i odkurzaczem. Niezrażona jednak, poczekałam aż po południu się ochłodzi, i zabrałam się do działania. Efekt był taki, że dopiero co wypraną zasłonkę od prysznica wieszałam o godzinie dwudziestej drugiej... Po czym padłam na krzesło przed laptopem, znów pełna optymizmu i wiary w siebie, z zamiarem napisania posta na dziś (bo, uwaga, C. w końcu ma wolne, co oznacza ni mniej, ni więcej, że laptopa omijać będę szerokim łukiem). Niestety - zziajana, spocona nawet lekko, nijak nie mogłam się skupić. I choć podczas sprzątania układałam w myślach piękne zdania, odnajdywałam ciekawe historie i idealne wstępy, gdy przyszło co do czego, w głowie miałam jedynie pustkę...
Też tak macie? Że przypadkiem, podczas jazdy samochodem czy autobusem, na spacerze z psem lub choćby właśnie podczas sprzątania, wasza jaźń wręcz kipi pomysłami i doskonałymi zwrotami, oddającymi sedno sprawy, a gdy w końcu siadacie do pisania - cisza...?
Oczywiście, nie zawsze i nie wciąż, ale zdarzają mi się takie momenty. I wtedy część duszy odpowiedzialna za estetykę cierpi ogromnie, bo zamiast pięknych słów, muszę pisać o ich braku i sprzątaniu...

Przejdźmy więc już lepiej do sedna, którym dzisiaj jest syrop z kwiatów czarnego bzu. Wiąże się z nim zaskakująca mnie samą historia. Po pierwsze, ku mojej wielkiej radości, odnalazłam w parku kilka krzewów (drzew...?) czarnego bzu właśnie. Radość moja nie miała granic do momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że to już czwarty rok, gdy chadzam do tego parku niemal codziennie, a obok rzeczonych krzewów (drzew...?) przechodziłam niezliczoną ilość razy, również w porze kwitnienia. I jakoś do tej pory nie uderzyło mnie, że to właśnie on, mój wymarzony i wytęskniony, bez...
Po krótkiej chwili zastanowienia nad własną głupotą, czy, będąc nieco dla siebie milszą - ignorancją, zabrałam się za zbieranie kwiatostanów. Nie raz, i nie dwa - był już dżem, zrobiłam też drożdżówki z bzowym lukrem, mam jeszcze kilka innych pomysłów - oby bez nie przekwitł, zanim zdążę je wszystkie wcielić w życie! W każdym razie największa ich ilość wylądowała w misce z cukrem i wodą, zamieniając się w niezwykle aromatyczny, obłędnie intensywny i bajkowo wręcz pachnący - syrop. Zakochałam się w nim od razu, i za przepis Bei będę składać dozgonne dzięki.

Nie wiem, jak się u Was ma sprawa z bzem - jeśli tak jak u mnie, czyli ciągle kwitnie, nie zastanawiajcie się ani chwili - ten syrop to spełnienie najskrytszych kulinarnych marzeń...

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Składniki:
(na 1,3 l syropu)
  • 20-40 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • sok z 1 cytryny
  • 1 l wody
  • 1 kg cukru

Kwiaty zebrać w słoneczny poranek. Ułożyć na białym papierze i zostawić na 1 godzinę, żeby pozbyć się robczków. Następnie odciąć łodyżki lub oddzielać kwiaty od łodyżek widelcem (jak porzeczki). Przesypać je do dużego słoja razem z pyłkiem, który opadł.
Wodę, cukier i sok z cytryny zagotować. Gdy cukier się rozpuści, gorącym płynem zalać kwiatki tak, żeby były całkowicie przykryte.
Odstawić na 2-4 dni pod przykryciem, raz dziennie mieszając.

Po tym czasie syrop przecedzić, a następnie przefiltorwać, na przykład przez filtr do kawy.
Zagotować, przelać do słoiczków lub butelek, dokładnie zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.
Otwarty przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Co zaskoczyło mnie mocno, C. był wniebowzięty moim pomysłem przygotowania syropu. Okazało się bowiem, że po wymieszaniu z wodą gazowaną smakuje dokładnie jak lemoniada, którą raczył się lata temu u szkolnego kolegi, a którą przygotowywała tegoż kolegi babcia. W jednej z moich duńskich gazet, już po fakcie (czyli gdy butelki stały równiutko, dokładnie zakręcone), znalazłam bardzo podobny przepis, z nieco tylko zmienionymi proporcjami. Tym samym dorzucam kolejny wpis do akcji Mopsika Skandynawskie lato 2015. Bo skoro przywołuje wspomnienia z dzieciństwa u Duńczyka, to bardziej duński już nie może być...

Skandynawskie lato 2015

czwartek, 16 lipca 2015

Clafoutis: czyli skoro francuski, to nawet zakalec zrobi furorę

Kuchnia francuska ma w sobie coś takiego, że na samą myśl o niej prostujemy się przy stole, przyciągamy do siebie łokcie i dystyngowanie posługujemy się nożem i widelcem. Nawet o niej rozmawiać nie wypada, trzymając nogi na stole. Francja, a szczególnie Paryż, to miejsce nie tylko niezwykle romantyczne (która z nas choćby przez moment nie marzyła o oświadczynach na szczycie wieży Eiffela...?), ale również niemal onieśmielająco eleganckie. Obcować z artystami i sztuką można tam na każdym rogu, a kiedy myślimy o arystokracji, zaraz przychodzą nam do głowy Francuzi. Język francuski to nie tylko język miłości, ale też sfer wyższych. Czy można oprzeć się tej magii...? Nie sądzę.

Sama marzę o wyjeździe do Paryża i Prowansji, chciałabym obejrzeć zamki nad Loarą i przespacerować się ulicami w Arles, którymi chadzał van Gogh. Być może kiedyś moje marzenia się spełnią... Póki co, do Francji przenoszę się kulinarnie, gdyż takie podróże dostępne są dla każdego.

Tym razem sięgnęłam po clafoutis, czyli, mówiąc po polsku i dosadnie, zakalec najwyższej klasy. Tylko Francuzi potrafią przekuć coś takiego w danie narodowe, i w dodatku przekonać cały świat o jego wspaniałości. Dzisiaj clafoutis nie dziwi nikogo, wszyscy rozkoszują się tym oryginalnym smakiem, nie wymawiając jednak głośno słowa zakalec w obecności pani domu.

Sama miałam lekkie obawy przed przygotowaniem tego deseru, ale gdy padła propozycja wspólnego gotowania, gdzie główną rolę grałyby wiśnie, od razu pomyślałam o tym francuskim smakołyku. Z racji, że w Danii wiśnie są niedostępne, a szkoda mi otwierać słoików, gdy na straganach piętrzą się świeże, pachnące owoce, użyłam czereśni. Nie jest to aż tak duże odstępstwo od oryginału; większą zbrodnią wydaje się wydrylowanie owoców. Tradycyjnie bowiem wiśnie zapieka się z pestkami, co ma nadać ciastu przyjemnie migdałowego aromatu. Ze względu na bezpieczeństwo przy spożywaniu posiłku i zażyłość, jaką czuję ze swoim uzębieniem, czereśnie brutalnie pozbawiłam pestek, i w tej formie zalałam ciastem.
Muszę przyznać, że na efekty czekałam z duszą na ramieniu. Na szczęście okazało się, że Francuzi wiedzą, co robią, i to ciasto-deser smakuje naprawdę wybornie. Oszukałam lekko, dodając ekstrakt migdałowy, dzięki czemu pachnie wspaniale; poza tym aromat migdałowy doskonale komponuje się z czereśniami. Nie za słodkie, bardzo delikatne, oryginalne w strukturze - zdecydowanie zaspokajające głód na Francję.

Bazowałam na przepisie Blondynki, ale co nieco w nim zmieniłam.

Wiśniowe smakołyki przygotowały również Mirabelka, Mops i Panna Malwinna, koniecznie do nich zajrzyjcie!

Migdałowe clafoutis z czereśniami

Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 200 ml mleka
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z migdałów
  • 3 jajka
dodatkowo:
  • 500 g czereśni
  • 50 g cukru
  • 1 łyżka cukru pudru
Czereśnie wydrylować, przełożyć do miski, zasypać 50 g cukru i odstawić na 30 minut.

Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem.
Jajka roztrzepać z ekstraktem. Dodać do mąki, dokładnie wymieszać. Powoli wlewać kremówkę z mlekiem, dokładnie mieszając. Ciasto ma być jednolite, bez grudek.

Formę wysmarować masłem. Na dno wysypać czereśnie, polać powstałym sokiem. Na wierzch wylać ciasto.

Piec w 180 st. C. przez 40 minut.
Przestudzić.

Podawać letnie lub na zimno, przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji Mirabelki W wiśniowym sadzie.

W wiśniowym sadzie 2015

wtorek, 14 lipca 2015

List do Złodzieja. I obłędnie aromatyczny dżem z bzem

Szanowny Złodzieju!

Chcielibyśmy złożyć oficjalne podziękowania. Od dawna mieliśmy w planie naprawę szyby (którą wybiłeś) i wymianę zepsutego radia (które ukradłeś) w naszym samochodzie. Zmotywowani Twoimi działaniami, w końcu zabraliśmy się do rzeczy. Niestety, nie znamy Twojej tożsamości. Jeśli więc to czytasz, prosimy - ujawnij się! Kwiaty i/lub butelkę dobrego wina, w zależności od preferencji, wyślemy na wskazany adres.

Wyrazy szacunku,
A. & C.

C. wraca z pracy późno, szczególnie ostatnio. Kilka dni temu spóźniał się wyjątkowo, aż zaczęłam się denerwować. Gdy zadzwonił i poprosił, żeby zeszła na dół z nożyczkami, taśmą i dużym czarnym workiem, nieco się przeraziłam. Okazało się jednak, że nie ma żadnych nadprogramowych zwłok, a wymienione wyżej akcesoria mają zostać użyte do zabezpieczenia auta na noc w razie deszczu. Jakiś dowcipniś bowiem, z nudów być może, wybił w naszym samochodzie szybę i ukradł radio, dewastując przy tym jego okolice. W pierwszej chwili bezsilnie zazgrzytałam zębami, później zacisnęłam pięści na wieść, że policja uważa sprawę za beznadziejną i nikt nawet nie przyjedzie zobaczyć, co i jak. Po jakimś czasie jednak odetchnęłam, gdyż C., jak zwykle pozytywnie usposobiony, znalazł plusy: z radiem i tak coś było nie tak i od dawna planował je wymienić, a okna nie było można otworzyć, więc może przy okazji uda się naprawić również to. 

I teraz przyznam się Wam do czegoś, choć może nie powinnam. Być może nawet nie powinnam tego w ogóle pomyśleć, ale cóż - stało się. Otóż pierwszą myślą, która wpadła mi do głowy było to, że to pewnie Polacy... Po chwili się zreflektowałam i dodałam sama do siebie - albo inni zza Odry. Bo jeszcze nie słyszałam, żeby Duńczyk ukradł radio za sto złotych... Przecież ta szyba, którą wybił, była więcej warta!

No dobrze. Nieistotne. Co się stało... I tak dalej. Szyba wróciła na miejsce, do zamontowania radia będzie potrzebna pomoc mojego Taty, więc do kolejnej wycieczki do Polski będę jeździła w ciszy; chyba, że sama sobie zaśpiewam.
To ja już jednak wolę ciszę...

Tak czy inaczej, tak jak obiecałam - dzisiaj będzie dżem. I to nie byle jaki - wybitny wręcz! Pachnie tak, że można dostać zawrotów głowy. Połączenie czereśni z kwiatami czarnego bzu uważam za niezwykle udane. Pomysł nasunął mi się, gdy uważnie wczytywałam się w post Bei na temat syropu, obok którego wystąpił również dżem truskawkowo-bzowy. Truskawek nie miałam, były za to czereśnie... I to z nich skorzystałam. Efekt - poezja. Aż mi się płakać chce na myśl, że to tylko jeden słoiczek... Nie powtarzajcie mojego błędu, zróbcie przynajmniej z dwóch kilogramów owoców.

Ja tymczasem rozważam możliwość przygotowania dżemu z oryginalnego przepisu, póki jeszcze kwitnie czarny bez...

Dżem czereśniowo-bzowy

Składniki:
(na 1 słoik)
  • 500 g czereśni
  • 5 baldachów kwiatów czarnego bzu
  • 100 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki pektyny
Czereśnie wydrylować, przełożyć do garnuszka. Od baldachów odciąć grube końce, kwiaty razem z połową pestek zawinąć w gazę i włożyć do garnuszka. Dodać cukier i sok z cytryny, zagotować. Gotować na małym ogniu przez 30 minut, aż dżem osiągnie pożądaną konsystencję (im dłużej gotowany, tym będzie gęstszy). Wyjąć zawiniątko z bzem i pestkami, dodać pektynę, wymieszać.

Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

W ogóle uważam, że wszelkie wariacje z bzem będą smakowały wybornie. Wiśnie na przykład, albo czerwona porzeczka... Gdybym tylko mogła, przetestowałabym wszystkie!

Przepis dodaję do akcji Mirabelki.

W wiśniowym sadzie 2015